Newsletter

Amerykańskie Południe i Republikanie

Kazimierz Bem, 06.03.2013
Wydaje się, że konserwatywna większość odda Południe w ręce Republikanów na najbliższą dekadę. Oby dla „partii wściekłych, konserwatywnych białych mężczyzn” nie okazało się to pocałunkiem śmierci

Marlborough, 5 marca 2013

Amerykańskie Południe było zawsze bardzo specyficzne. Tamtejsze kolonie założyli nie uchodźcy religijni z Europy, ale młodsze latorośle brytyjskich rodzin ziemiańskich, a potem młodsi synowie burżuazyjnych familii Nowej Anglii. Od czasu gdy w XVII wieku sprowadzono tu niewolników, rozmnożyły się na Południu wielkie plantacje. Bogactwo, którego były źródłem, gromadzono kosztem nieprawdopodobnego cierpienia czarnych niewolników.

Każdy, kto chce budować wizję Południa sprzed wojny secesyjnej na podstawie filmu „Przeminęło z Wiatrem” (skądinąd jednego z moich ulubionych), dla równowagi powinien także obejrzeć „Django” Quentina Tarantino. Albo przynajmniej „Amistad” czy „Zabić drozda” z fenomenalnym Gregorym Peckiem. Jak to doskonale opisał publicysta „New Yorkera” – „tutaj [tj. na Południu – K.B.] maniery były staranniejsze, przemoc gwałtowniejsza, handel spowolniony, horyzonty węższe, a przeszłość bliższa.”

Od lat 70. XIX wieku, gdy biali odzyskali kontrolę nad Południem po zniesieniu niewolnictwa i wojnie secesyjnej, było ono w 100 proc. demokratyczne. Do tego stopnia, że nazywano je „Solid South” – co można przetłumaczyć jako „Żelazne Południe”. Biała, skorumpowana i rasistowska elita czuwała, by Murzyni, choć wolni, nie mieli prawa głosu. By korzystali z osobnych ubikacji, autobusów, restauracji czy nawet bibliotek.

Liczba kongresmenów Partii Demokratycznej z Południa w obu Izbach była tak duża, że od ich poparcia często zależały losy demokratycznych administracji Woodrowa Wilsona i Franklina Delano Roosevelta. I tak ten ostatni, w zamian za poparcie południowych Demokratów, zgodził się, by większość praw związkowych i pracowniczych na Południu de facto nie obowiązywała. Ich poparcie nazywano „Południową klatką”. Rząd mógł na nie liczyć pod warunkiem, że nie wtrącał się w sprawy Południa i los Murzynów.

Jednak w końcu Demokraci z Północy zbuntowali się. W1948 roku, podczas Narodowej Konwencji Demokratów, przegłosowano bardzo ostrożne poparcie dla praw Murzynów na Południu – gdzie 90 proc. z nich nie miało prawa głosu. W odpowiedzi Demokraci z Południa opuścili konwencję.

Drogi demokratycznych deputowanych z obu części kraju zaczęły się coraz szybciej rozchodzić. W 1964 roku, podpisując Civil Rights Act, południowiec Lyndon Johnson miał powiedzieć: „Straciliśmy Południe na pokolenie”. Południe mu tego nie zapomniało i zagłosowało gremialnie, po raz pierwszy od XIX wieku, na republikanina.

Johnson okazał się optymistą: już od dwóch pokoleń Południe jest bastionem Republikanów. Kontrolę nad Arkansas ¬– ostatnim południowym stanem, w którym panowali niepodzielnie od 1870 roku – Demokraci utracili w 2012 r. Głosy Południa aż do 2008 roku zapewniały Republikanom prezydenturę. Wyjątkiem był południowiec Bill Clinton, którego charyzma pozwoliła na dwie kadencje przełamać dryf ku republikanizmowi. Ale gdy w 2000 roku kandydował Demokrata Al Gore, skądinąd też południowiec, wszystkie stany Południa zagłosowały na republikanina George’a W. Busha.

Wydawałoby się, że przejęcie Południa przez Republikanów powinno cieszyć. Ale tak naprawdę może się to okazać gwoździem do trumny tej partii. Południe, jak w XIX wieku, coraz bardziej odstaje od reszty USA. Amerykanie w większości stają się coraz bardziej świeccy, zróżnicowani rasowo i umiarkowanie liberalni – lecz Południe jest wciąż religijne, konserwatywne i białe.

W obecnej debacie nad przyszłością Partii Republikańskiej na Południu USA dominuje przekonanie, że Republikanie byli zbyt liberalni podczas wyborów w 2012 roku. Gubernator Jeb Bush w opublikowanej właśnie książce pt. „Immigration Wars” opowiedział się przeciwko reformie prawa imigracyjnego i legalizacji pobytu milionów nielegalnie przebywających w USA Latynosów. I choć, co zaskakujące, już dziś się z tej pozycji wycofał, wypowiedzi tego typu wciskają nie-białych wyborców w objęcia Demokratów. Debata nad przyszłością Partii Republikańskiej trwa, choć głosy z Południa potwierdzają stereotyp, że jest to partia wściekłych, konserwatywnych białych mężczyzn.

Ów spór Południa z resztą USA mogliśmy zaobserwować w minionym tygodniu przed Sądem Najwyższym USA. Zgodnie z Civil Rights Act, w większości stanów Południa zmiany w prawie wyborczym muszą uzyskać uprzednią zgodę rządu federalnego. Chodzi o dopilnowanie, aby rządzący biali nie wprowadzali pozornie neutralnych przepisów, które mogłyby ograniczyć prawa wyborcze ludności kolorowej. O tym, że takie próby wcale nie są fikcją, pisałem przy okazji wyborów w zeszłym roku.

Tymczasem jedno z południowych hrabstw, Shelby w Alabamie, zaskarżyło te przepisy, twierdząc, że po 50 latach czas je znieść – bo „rasiści mieszkają nie tylko na Południu”. Argument jest mocno naciągany, tym bardziej że Shelby jest typowym hrabstwem „wykrojonym” po to, by biali mieli w nim większość. Mimo to sędzia Antonin Scalia grzmiał, że utrzymanie obecnych przepisów w mocy oznacza „utrwalanie rasowego uprzywilejowania.”

Wydaje się, że konserwatywna większość uzna te uregulowania za niezgodne z konstytucją – i odda tym samym Południe w ręce Republikanów na najbliższą dekadę. Oby to nie był dla nich pocałunek śmierci.