Newsletter

Polacy to naród tolerancyjny

Killion M. Munyama, 27.02.2013
Jestem i wierzący, i bardzo rodzinny. Dlatego popieram związki partnerskie. Politycy muszą podążać za zmianami, które występują w społeczeństwie

Strona 1

Jestem i wierzący, i bardzo rodzinny. Dlatego popieram związki partnerskie. Politycy muszą podążać za zmianami, które występują w społeczeństwie – mówi poseł PO Killion M. Munyama w rozmowie z Aleksandrą Kaniewską.

Aleksandra Kaniewska: Pana słowa skierowane do posła Johna Godsona podczas dyskusji w KPRM („John, w sprawie związków partnerskich to my jesteśmy sto lat za Murzynami”) przejdą być może do historii debaty publicznej. Mało kto wie jednak, że mieszka pan w Polsce już od trzydziestu lat. Przypadkiem stał się pan świadkiem najważniejszych wydarzeń w historii nowoczesnej Polski, m.in. Solidarności i polskiej transformacji.

Dr Kilion M. Munyama: Prawda, na pewno nie planowałem, że zostanę w Polsce tak długo. I że upadnie komunizm! Dokładnie pamiętam datę, kiedy przyjechałem do Polski. To był 11 listopada 1981 r., ale wtedy nie obchodzono go jako Święto Narodowe. Wylądowałem na Okęciu razem z trzema kolegami z Zambii. To było chwilę przed wprowadzeniem stanu wojennego. Niewiele nas dziwiło, bo nie mieliśmy żadnych oczekiwań. O Polsce nie wiedzieliśmy prawie nic. No może oprócz tego, że jest dobra w piłkę nożną. W Zambii, która przecież była brytyjską kolonią, o tym, że Polacy wyrzucili Anglików z Mistrzostw Świata w 1974 r., mówili wszyscy!

Ale pan nie chciał grać w piłkę, ale studiować ekonomię. Dlaczego więc przyjechał pan do Polski, kraju, który nie był wolny?

Kiedy kończyłem szkołę średnią w 1980 roku każdy młody mężczyzna w Zambii najpierw musiał pójść do wojska. To tam poznałem wyniki swojej matury i mogłem decydować, co dalej. Mieliśmy do wyboru różne oferty stypendialne – w kraju i zagranicą. Studia ekonomiczne były w ofercie tylko trzech krajów: Polski, Związku Radzieckiego i Egiptu. Częściowo wybrałem więc Polskę na zasadach eliminacji.

Najpierw odrzucił pan…?

Egipt. To nie było trudne. Bo skoro pochodzę z Afryki, studiowanie w kraju afrykańskim mijało się z celem. Potem zastanawiałem się między Polską a Związkiem Radzieckim. I wybrałem Polskę. Dlaczego? Od zawsze miałem umiarkowane poglądy, a w mojej rodzinie wszyscy byli bardzo przedsiębiorczy – ojciec był farmerem. Od dziecka wiedziałem więc, że w życiu trzeba sobie samemu radzić. A to się przekładało na poglądy na temat sposobu gospodarowania. Polska była dużo bardziej umiarkowana i otwarta niż Związek Radziecki.

Już miesiąc po pana przyjeździe kraj stanął – wprowadzono stan wojenny. Historia rozgrywała się na pana oczach.

To prawda. Od początku miałem pewność, że ten kraj może się zmienić. Tym bardziej, że na własne oczy widziałem już jedną transformację. Pamiętam doskonale odzyskanie niepodległości przez Zimbabwe w 1980 roku, bo już wtedy – jako młody chłopak – interesowałem się polityką. W Zambii głośno było o wyborze Polaka na papieża, o strajkach i Lechu Wałęsie. Czułem, że Polska to miejsce, w którym warto być. Nie wiedziałem tylko, że zostanę tu na zawsze.

Najpierw była uczelnia?

Jeszcze nie. Zaczęło się od Łodzi. To tu znajduje się słynny Ośrodek Nauki Języka Polskiego.

Który od zawsze działał trochę jak wyspa Ellis niedaleko Nowego Jorku – przechodziły przez niego setki emigrantów.

No tak, to było w zasadzie jedyne miejsce, gdzie obcokrajowcy mogli uczyć się języka polskiego. Ten rok szybko minął. Później wyjechałem do Poznania studiować handel zagraniczny.

Jaka była ta Polska komunistyczna dla młodego mężczyzny z Afryki?

Najbardziej ciekawa była pozorna równość – każdy miał pracę, podlegał opiece społecznej, zdrowotnej itp. Ale pod tymi pozorami tliła się prawdziwa, prawie kapitalistyczna przedsiębiorczość. Mimo że wszystko było na kartki – mięso, cukier czy czekolada – kiedy odwiedzało się polskie domy, stoły uginały się od jedzenia. To już wtedy pokazywało, że chęć znalezienia się w gospodarce rynkowej była w Polsce dużo większa niż w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Polacy dusili się w systemie, który im nie pasował. I w końcu rozsadzili go od środka w 1989 roku. Z fascynacją obserwowałem obrady Okrągłego Stołu, wtedy już jako doktorant na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu.

Ale wybrał pan pracę na uniwersytecie. Skąd zainteresowanie polityką?

Zostałem na uczelni, ale działalność polityczna była moją pasją. Politykę mam we krwi, po rodzicach. Mój ojciec, chociaż był farmerem, działał w kościele, dużo robił dla społeczności lokalnej. Podobnie było w rodzinie mamy. A mój kuzyn jest posłem w Zambii. Polityka to nasza tradycja rodzinna.

Czyli nikt się nie zdziwił, że został pan posłem na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej?

Raczej nie. Zawsze działałem lokalnie. Najpierw na poziomie samorządowym – byłem radnym powiatu Grodziska Wielkopolskiego.

A pana aktywność nie wzięła się trochę z konieczności, żeby tę monolityczną Polskę zmienić? Na przykład, by walczyć z nietolerancją?

Trzeba zacząć od tego, że Polska ma zupełnie inną specyfikę niż postkolonialne kraje jak Francja czy Wielka Brytania. Tam od lat żyje dużo osób czarnoskórych, z których większość przyjechała z powodu rewolt politycznych albo fali migracji. Z kolei w Polsce 90 proc. czarnoskórych to ludzie dobrze wykształceni, którzy studiowali najczęściej właśnie tutaj. Do tego co jakiś czas pojawia się trochę sportowców-celebrytów, którzy później żenią się z Polkami i zostają na stałe. Ale wciąż jest nas mało.

Czy chce pan powiedzieć, że nie spotykał się z przejawami rasizmu?

Na samym początku oczywiście tak. Teraz z rodziną śmiejemy się wspominając, że kiedy pierwszy raz startowałem w wyborach samorządowych, żona błagała mnie, żebym nie wywieszał plakatów. Bo ludzie zaczną komentować, wypisywać obelgi. I wtedy rzeczywiście nie wywiesiłem żadnego plakatu. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że miałem największe poparcie na swojej liście wyborczej!