Newsletter

Strach to uczucie poddanych, nie obywateli

Zygmunt Bauman, 22.02.2013
Szczęśliwe życie nie polega na nieustającym ciągu przyjemnych doznań i radosnych przeżyć, ale na pokonywaniu trudności i przezwyciężaniu słabości

Strona 1

Szczęśliwe życie nie polega na nieustającym ciągu przyjemnych doznań i radosnych przeżyć, ale na pokonywaniu trudności i przezwyciężaniu słabości – z Zygmuntem Baumanem rozmawia Jarosław Makowski

Jarosław Makowski: Miniony rok był czasem „rozjuszonego obywatela”. Indignados protestowali w Europie. W USA Occupy Wall Street. Gniew ludzi, szczególnie młodych, przenosił się na ulice i place miast. Czy ten bunt to owoc strachu przed jutrem?

Prof. Zygmunt Bauman: Te wystąpienia na publicznych placach, od Nowego Jorku po Madryt, są próbami wypełnienia pustki powstałej po uwiądzie solidarności. To zjawisko, które skłonny jestem nazywać „solidarnością wybuchową”. Gromadzi się łaknienie wspólnoty ludzkiej, powodowane jej dotkliwym brakiem w codziennym życiu lub ulotnością; jeżeli ona nawet chwilowo występuje, to nie liczy się na jej trwałość. Brak solidarności wystawia nas na groźbę samotności i indywidualnego wykluczenia. Tęsknota rośnie, dręczy, kumuluje się, staje się nieznośna, wreszcie dochodzi do wybuchu. Idziemy wszyscy na ten sam plac, o tej samej godzinie, tego samego dnia. Wszyscy niesiemy te same plakaty. Czujemy wokół siebie dziesiątki tysięcy ludzi to samo czujących i myślących. Wydostaliśmy się na parę dni czy godzin z lochu samotności i bezsiły. I to jest nasza moc.

Ale to chwilowe, bo po demonstracji moc z nas uchodzi jak powietrze z przekłutego balonu. Rozchodzimy się do swojej krzątaniny…

Jedni idą do domu na kawę, inni może na piwo, zależy od osobistych upodobań… Wszystko wraca do stanu poprzedniego. Michał Bachtin, bardzo wybitny filozof zza miedzy, nazwał zaszłości o podobnej logice karnawałem. To „solidarność karnawałowa”. Obliczona na czas trwania demonstracji czy pikiety. W tej jednej chwili wszyscy czujemy się solidarni. A nazajutrz wracamy do najeżonej wzajemnymi podejrzeniami, rywalizacją i uogólnioną niechęcią codzienności…

Dlaczego?

Działacze ruchu Occupy Wall Street chwalili się publicznie, czyniąc jedną z największych swoich zalet fakt, że u nich nie ma żadnych przywódców. Wszystko jest spontaniczne, żywiołowe; ludzie sami z siebie spełniają się w tłumie. Ale to, że nie mieli przywódców, było – choć głośno tego nie artykułowali – warunkiem ich przetrwania na tym samym placu przez parę tygodni. Przywódcy, jak wiadomo, mają swe programy, wizje i twarde poglądy. Dlatego są przywódcami, chcą coś konkretnego zrobić. Gdyby na tych placach pojawili się liderzy, szybko okazałoby się, jak iluzoryczna jest jedność demonstrowana przez zgromadzonych. Jak różne są interesy, pragnienia, braki, skargi i protesty, które przywiodły ten tłum w jedno miejsce. Rychło by się zgromadzeni rozpierzchli po domach, gdyby do dyskutowania programów doszło… Do swych kubłów pomyj pełnych i baniek z jadem…

Naszą obecną sytuację w sposób lakoniczny, a celny, oddaje Anna Wolff-Powęska, mówiąc: „Strach jest uczuciem poddanych, nie obywateli”.

My – poddanymi? Przecież pan profesor mówił, że co jak co, ale poddać się woli innego, przywódcy, nie zamierzamy…

Nasze poddanie jest inne od zniewolenia z minionych czasów. Étienne de La Boétie ukuł pojęcie „ochotniczego zniewolenia”, wskazując, iż poddaństwo leży w naturze człowieka. I że bardzo chętnie, aby pozbyć się odpowiedzialności, ludzie wolą złożyć odpowiedzialność na barki samozwańczych, a w charyzmat zbrojnych wodzów. Odpowiedzialność ciąży, jej zrzeczenie się odciąża… Uwalnia od ciernistej konieczności samodzielnego wyboru i przyjmowania odpowiedzialności za konsekwencje swoich czynów na swoje wątłe barki.

Jakie dziś mamy formy zniewolenia?

Chałupniczym sposobem je produkujemy. Sami je tworzymy i sami dzień w dzień odtwarzamy. Wszystkie KGB, SB i MI5 czy CIA świata z tysiącami czy milionami swych ochotniczych czy najemnych informatorów nie mogły marzyć o zgromadzeniu takiej masy najbardziej intymnych informacji o naszych poczynaniach, myślach i zamiarach, ile my sami dzień za dniem oferujemy z własnej woli i całkiem nieodpłatnie każdemu, komu przyjdzie chęć z nimi się zapoznania. Inwigilacja jest dziś, jak powiadają  Anglicy, DIY – do it yourself, zrób to sam… Nie wyciska się z nas spowiedzi ze spraw prywatnych – sami ją wykładamy na tacę, marząc, by znaleźli się na nią odbiorcy!

Przypuszczam, że duża większość z czytających protokół naszej rozmowy posiada konto na Facebooku. I spędza „na nim” sporo czasu. W jednym celu: by świat skwapliwie informować o swoich upodobaniach, zamierzeniach i marzeniach, sympatiach i antypatiach, szlachetnych czy niecnych planach. Inwentaryzujemy skwapliwie adresy „kręgu”, tak zwanego „networku” ludzi, z którymi utrzymujemy kontakty i z którymi jesteśmy jednej myśli. Powtarzam: nigdy w historii żadna tajna służba nie wydostała przemocą czy podstępem takiej wiedzy o nas, choć wydawała na ten cel bajońskie sumy. Założyciel Facebooka wynalazł sposób, by na inwigilowaniu zarabiać, miast za nie płacić.

A pan profesor posiada konto na Facebooku?

Nie posiadam i posiadać nie będę.

Co jest złego w posiadaniu takiego konta? To, że informujemy świat o swoim życiu i zamiarach, może świadczyć tylko o tym, że nic do ukrycia nie mamy. Że, mówiąc wprost, jesteśmy czyści jak łza.

W swoim niewybaczalnie długim życiu przeżyłem kilka zupełnie różnych typów społeczeństwa. I nie znalazłem właściwie wśród nich ani jednego, które nie wymagałoby jakiejś naprawy. Każdemu udawało się rozwiązywać lub łagodzić ten czy ów problem, ale zawsze kosztem zaniedbywania bądź tworzenia innych zagrożeń.

„Solidna nowoczesność” – okres, który poprzedzał nadejście „płynnej nowoczesności” – miała, oczywiście, wiele groźnych wad. Ów system dotknięty był bakcylem totalitaryzmu, nosił w sobie zalążki dyktatury, ludobójstwa czy krwawych i wieloletnich wojen. Miała jednak ta formacja cechę, której dotkliwie brak w naszej płynnej współczesności: była swoistą fabryką ludzkiej solidarności. Układ społeczny, w jakim człowiek od urodzenia i w ciągu życia przebywał, podnosił walory zbiorowego działania, łączenia szeregów i sił, stowarzyszania się – tego wszystkiego, co skłonni jesteśmy dziś nazywać „społeczeństwem obywatelskim”. Przykładowo, czegokolwiek fabryka by nie produkowała, tworzyła – jako produkt uboczny – właśnie ludzką solidarność. Ludzkie dążenia do tego, żeby zakładać związki i się do nich garnąć, spółdzielnie, kasy pomocy wzajemnej, iść zgodnie na strajk, dzielić się ryzykiem, wspólnie podejmować walkę o poprawę warunków życiowych.

Płynna nowoczesność jest czymś radykalnie odwrotnym: jest zakładem demontażu solidarności. To wręcz jej znak firmowy. Ba, jest fabryką wzajemnej podejrzliwości, niechęci i konkurencyjności. Dobrze opisuje ją nieprzetłumaczalny angielski zwrot: one-upmanship. Idzie o to, by wspiąć się choćby o jedno oczko wyżej niż sąsiad… Zamiast chęci do łączenia szeregów, solidarności, ludzie specjalizują się w kopaniu jeden pod drugim dołków – w imię tejże racjonalności, która ich przodkom doradzała wzajemną lojalność: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Są pogrążeni we wzajemnej konkurencji nie dlatego, że są głupi lub niemoralni z natury, ale dlatego, że tak nakazuje wszem i wobec logika społeczeństwa, w jakim im żyć wypadło.