Newsletter

Znaszli ten kraj?

Aleksander Kaczorowski, 12.02.2013
Szacuje się, że na skutek niskiej stopy urodzeń i nasilonej emigracji ostatni obywatel pewnego kraju w Europie Środkowej-Wschodniej umrze w 2134 roku

Przeczytałem ostatnio interesujący tekst o pewnym europejskim kraju, którego obywateli motywują trzy nadrzędne emocje. Pierwszą jest pragnienie uznania ze strony świata, drugą ambiwalentne stosunki z Rosją. Trzecia to żal za utraconą wielkością.

Tamtejsze społeczeństwo jest względnie egalitarne, a podziały klasowe chwiejne i postrzegane jako niesprawiedliwe. Dwukrotnie w ciągu jednego stulecia zupełnie nowe elity wyłoniły się znikąd, najpierw w latach czterdziestych, a następnie w dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Jedyną stabilną formacją polityczną, która przetrwała kilka zmian lidera, jest partia postkomunistyczna. Ta sama partia, będąc u władzy, wprowadziła jedne z najniższych podatków w Europie.

Zachodni ambasadorowie i doradcy coraz częściej zajmują stanowisko w kwestiach krajowych, np. ambasador USA prowadzi kampanię na rzecz rozwoju technologii wydobycia gazu łupkowego. Ambasador francuski organizuje debaty o potrzebie ujednolicenia systemów podatkowych w Unii Europejskiej. Zaś pewien Niemiec ostro krytykuje tamtejsze media. Kiedy jakiś lokalny działacz szuka rozgłosu, z reguły przekazuje informacje zachodniemu urzędnikowi, naukowcowi, dziennikarzowi lub przedstawicielowi organizacji pozarządowej. Reakcja władz nie wynika z wymowy samych faktów – dobrze znanych – lecz z „zawstydzającego” efektu zagranicznego spojrzenia.

Drugie kłębowisko emocji ogniskuje się wokół Rosji – imperium, które za życia najstarszych obywali „wyzwoliło” ten kraj. Oś prorosyjski – antyrosyjski przecina całą jego historię, zakłócając tradycyjny podział na lewicę i prawicę. Prawica to ci, którzy są z zasady przeciwni Moskwie; lewica to pozostali. Kwestie niezależności energetycznej czy zarzuconego projektu NATO-wskiej tarczy antyrakietowej są postrzegane wyłącznie przez pryzmat stosunków z Rosją.

Na relacjach z sąsiadami ciążą wydarzenia z podręczników historii. Rodzimy nacjonalizm nie ma wyraźnego celu ani doktryny, skupia w sobie historyczne i demograficzne urazy, pretensje do wielkich mocarstw i kompleks spowodowany własną niezdolnością do realizacji „ideału narodowego”. W odróżnieniu od Węgier Orbána nikt tam jednak nie myśli poważnie o nabytkach terytorialnych.
Długo wyczekiwany upadek komunizmu dla wielu obywateli był szokiem. Siła nabywcza zarobków powróciła do poziomu z 1988 roku dopiero w 2003 roku. Dezindustrializacja zdegradowała inżynierów do roli robotników, a nauczycielki do sprzątaczek. Co dziesiąty obywatel przebywa na stałe za granicą. Szacuje się, że na skutek niskiej stopy urodzeń i nasilonej emigracji ostatni obywatel tego kraju umrze w 2134 roku. Poziom życia stale rośnie, ale porównanie z sąsiadami jest wciąż bolesne: w 1965 roku ten kraj był na poziomie Węgier, a dziś jego gospodarka jest dwa razy mniejsza.

Mowa oczywiście o Bułgarii.

Źródło cytatów: Iwajło Diczew, „Bułgarski populizm: przednowoczesny, ponowoczesny”. Artykuł ukaże się w najnowszym numerze kwartalnika „Aspen Review Central Europe” w marcu 2013.