Newsletter

Cameron: lider czy hazardzista?

Andrew Gamble, 11.02.2013
Największym wrogiem każdego lidera partii rządzącej jest kryzys. Wyborcy nie chcą nagradzać rządzących za pakiety stabilizacyjne

Strona 1

Największym wrogiem każdego lidera partii rządzącej jest kryzys. Wyborcy nie chcą nagradzać rządzących za pakiety stabilizacyjne – z prof. Andrew Gamble rozmawia Aleksandra Kaniewska

Aleksandra Kaniewska: Cameron wsadził kij w mrowisko ogłaszając, że trzeba zredefiniować relację Wielkiej Brytanii z Unią Europejską i obiecując Brytyjczykom referendum „in-out” w 2017 r. „The Economist” nazwał go hazardzistą. Czy to przemówienie może stać się jego najważniejszym dziedzictwem?

Prof. Andrew Gamble: Wiele zależy od wyników przyszłych wyborów w Wielkiej Brytanii w 2015 roku. Jeśli torysi dostaną większość głosów, można będzie uznać, że Cameronowi udało się odbudować centralną pozycję Partii Konserwatywnej w brytyjskiej polityce po okresie 13 lat, kiedy byli poza władzą. Druga kadencja byłaby więc jego osobistym sukcesem. Sukcesem, który zresztą pozwoliłby mu się dalej zapisać w historii. Wtedy bowiem będzie zmuszony przeprowadzić Wielką Brytanię przez obiecane europejskie referendum. A także przez resztę reform – zarówno cięć wydatków, jak i uzdrawiania brytyjskiej gospodarki i społeczeństwa.

W maju tego roku odbędą się na Wyspach wybory lokalne. Widać, że konserwatyści mogą stracić pozycję lidera. To może być też papierek lakmusowy popularności Camerona.

To prawda. Tym bardziej, że w razie klęski za dwa lata i utraty urzędu, okres „cameroński” może zostać potraktowany jako klęska partii i katastrofa wielu reform obecnej koalicji, które z pewnością zostałyby cofnięte. Wtedy Cameron stałby się kolejną polityczną ofiarą ekonomicznego spowolnienia rozpoczętego w 2008 roku. To typowe dla świata polityki – linia między sukcesem a porażką jest tu wyjątkowo cienka. A żaden przywódca nie chce być postrzegany jako polityk jednej kadencji, w której nie było przełomowych osiągnięć. Barack Obama dostał szansę na kolejną kadencję. Dla Davida Camerona to wciąż jest niepewne.

Europejskie przemówienie premiera zostało dobrze przyjęte przez konserwatywnych publicystów na Wyspach. Niektórzy już nazywają Camerona „nowym torysem”, który połączył nowoczesność z tradycją. Czyżby dzisiejsza Partia Konserwatywna chciała, inspirując się koncepcją Giddensa i Blaira, podążyć „trzecią drogą”?

Myślę, że nie będzie dużym nadużyciem stwierdzenie, że wszyscy dzisiejsi politycy, czy to z prawa, czy z lewa, wzorują się na Tonym Blairze. Nawet nie chodzi o jego pomysł na Partię Pracy, ale styl uprawiania polityki. Blair przesunął cały ruch laburzystów do centrum, wyrzucając stamtąd torysów. Cameron od początku chciał odzyskać środkową część politycznego tortu. I to dlatego nazwano go Nowym Konserwatystą.

Koalicja z Liberalnymi Demokratami bardzo się więc przydała. Oni chyba są najbardziej w centrum?

Owszem. David Cameron był na początku rozczarowany tym, że nie udało mu się wygrać wyborów oszałamiającą większością. Ale później zrozumiał, że liberałowie to dla torysów przepustka do centrum. Wizerunkowo to było bardzo mądre zagranie. Lepsze dla torysów niż dla Nicka Clegga i jego partii oczywiście.

W 2010 roku zaczęło się pięknie. Ale dziś Partia Konserwatywna jest w tyle za Partią Pracy o co najmniej 10 procent. Do tego dochodzi społeczne niezadowolenie, bo bezrobocie rośnie, a prognozy na wzrost gospodarczy wyglądają mizernie.

Największym wrogiem każdego lidera partii rządzącej jest teraz kryzys. Tę prawdę odkrywały po kolei kolejne rządy – i w Europie, i poza nią. Wyborcy nie chcą nagradzać rządzących za pakiety stabilizacyjne. W swoim programie politycznym z 2010 roku Cameron obiecał zmienić Brytanię na lepsze, ale później przyszła recesja, bezrobocie, sierpniowe zamieszki i kryzys w Unii Europejskiej.