Newsletter

Szkoła dla 6-latka

Aleksandra Piotrowska, 15.05.2013
Szkoła dla 6-latka musi być szkołą inną niż dla 7-latka. Co ciekawe, tak już jest w tej chwili. Problem w tym, że rodzice wciąż nie mają świadomości tej zmiany

Strona 1

Szkoła dla 6-latka musi być szkołą inną niż dla 7-latka. Co ciekawe, tak już jest w tej chwili. Problem w tym, że rodzice wciąż nie mają świadomości tej zmiany mówi dr Aleksandra Piotrowska w rozmowie z Marzeną Haponiuk

CC BY 2.0

Wielu rodziców ma obawy przed wcześniejszym posłaniem swoich dzieci do szkoły.

Doskonale ich rozumiem. Jedną sprawę trzeba wyjaśnić na początku. Szkoła dla 6-latka musi być szkołą inną niż szkoła dla 7-latka. Żeby było zabawniej, tak już jest w tej chwili. To jest inna szkoła, inny program, zmieniona metodyka. Problem w tym, że rodzice wciąż nie mają tej świadomości. Sądzą, że szkoła jest tak sama, jak wtedy, kiedy oni byli uczniami. Stąd biorą się obawy rodziców. Obawy że obniżenie obowiązku szkolnego będzie polegać na tym,  iż wymagania, jakie do tej pory stawiano przed 7-latkami, stawiane będą bez zmian przed 6-latkami. Zachowując ten warunek, to znaczy że dla 6-latków mamy opracowane inne programy dla klasy pierwszej w porównaniu z tymi, które dotyczyły 7-latków, jestem jak najbardziej zwolenniczką posyłania 6-latków do szkoły. I to z prostego powodu: kilka pierwszych lat życia to czas o niesamowitym wprost potencjale ludzkiego mózgu.

Mamy tylko parę lat na to, żeby w mózgu powstały połączenia między komórkami nerwowymi. Jak wiadomo, liczba komórek nerwowych nie zwiększa się w trakcie życia. Zwiększa się natomiast liczba połączeń między nimi. Od ich liczby i ich „udrożnienia”, następującego w trakcie powtarzalnego gromadzenia doświadczeń, zależeć będzie w dużym stopniu sprawność procesów poznawczych – spostrzegania, myślenia, rozwiązywania problemów. Proces ustalania się czynnych dróg nerwowych trwa intensywnie kilka lat, a potem ulega znacznemu spowolnieniu. Już u 8- czy 9-latka proces ten wyraźnie słabnie.

Jak ten proces można wspomóc?

Im więcej oddziaływań, im więcej sytuacji uczenia się doświadczy dziecko w tym początkowym okresie życia – to czas kiedy mózg jest jeszcze niezwykle plastyczny – tym łatwiej doprowadzić do tego, że takie połączenia powstaną. Jak to się dzieje? Drogi używane przecierają się i stabilizują, a wiele połączeń nerwowych,wytworzonych niejako na wszelki wypadek, znika, jeśli są nieużywane. W kilku pierwszych latach życia każdy miesiąc aktywnego wykorzystywania mózgu lub, przeciwnie, zostawiania go w stanie lenistwa bez zajęcia, ma duże znaczenie dla rozwoju intelektualnego dziecka. Z tego punktu widzenia rok robi ogromną różnicę. Ale oczywiście trzeba unikać przemęczania dziecka nadmierną liczbą dodatkowych zajęć, serwowanych czasem przez zbyt ambitnych rodziców. Zamiast stymulacji rozwoju może to doprowadzić do przeciwnego efektu: apatii, zaniku aktywności i chęci doświadczania czegoś nowego wskutek permanentnego przemęczenia i przeciążenia układu nerwowego. W pobudzaniu rozwoju dziecka również należy zachować umiar i zdrowy rozsądek.

Niepokojące jest to, że mamy dzisiaj do czynienia z taką sytuacją, gdzie spora część dzieci 3-,4-, 5-letnich spędza swoje wczesne dzieciństwo głównie przed telewizorem. To dzieci, które są wychowywane przez babcie, nianie lub niepracujących rodziców. Kontrolę nad nimi na wiele godzin dziennie przejmuje telewizja.

Dlaczego tak się dzieje?

Prościej jest włączyć dziecku nagraną bajkę czy stosowny kanał, bo jest to – kolokwialnie rzecz ujmując – najmniej uciążliwy sposób zajmowania się dzieckiem. Nie trzeba z nim wtedy rozmawiać, czytać, odpowiadać na pytania. Patrząc na to z punktu widzenia rozwoju możliwości poznawczych dziecka, tak spędzone lata siedzenia w domu są naprawdę bezpowrotnie zmarnowane. Dziecko chodzące do przedszkola spotyka się w tym czasie z wieloma inspirującymi zajęciami, zdobywa nowe doświadczenia, uczy się bycia członkiem grupy, bycia jednym z wielu. Skrócenie okresu, gdy mamy do czynienia z takim marnowaniem potencjału rozwojowego dzieci po latach okaże się posunięciem bardzo pozytywnym dla nas jako społeczeństwa. Będzie rosła liczba ludzi, którzy jako osoby dorosłe reprezentują sobą wyższy poziom wiedzy i sprawniej działający umysł.

Są badania, które dowodzą, że im wcześniej dziecko zaczyna kontakt z grupą rówieśniczą (ale tu nie chodzi o kontakt na trzepaku czy na podwórku, tylko sytuacje, gdy dzieci tworzą razem grupę, którą ktoś kieruje, która uczestniczy w zorganizowanych dla nich zajęciach), tym lepiej radzą sobie jako osoby dorosłe z wymaganiami społecznymi. Lepiej też odnajdują się na rynku pracy, tworzą bardziej stałe związki, rzadziej rozpadają się zakładane przez nie rodziny. Rzecz w dyscyplinie, której dzieci w pewnym wieku muszą podlegać podczas nauki ograniczeń i kompromisów. Nie zawsze mają to zapewnione w domu.

Często z ust rodziców pada argument, że wcześniejsza edukacja to skrócenie dzieciństwa.

To wynik stereotypowego obrazu dzieciństwa. Okres ten wciąż jeszcze rozumiemy jako czas, kiedy dziecko nic nie robi, żyje tylko radością i takim beztroskim marnowaniem czasu. W takim rozumieniu posłanie dziecka rok wcześniej do szkoły jest faktycznie odebraniem mu dzieciństwa. Tylko że to nicnierobienie tak naprawdę nie jest dla dziecka żadną pozytywną wartością. Nie służy jego rozwojowi. Wprost przeciwnie, jest właśnie ogromnym marnowaniem jego potencjału.

Z czego może wynikać taki sposób myślenia?

Jesteśmy zadziwiającym społeczeństwem jeśli chodzi o stosunek do dzieci. Głębokie jest w większości z nas przeświadczenie, że dzieciństwo powinno być – o czym wcześniej wspominałam – okresem niesamowitej szczęśliwości. Szczęście natomiast kojarzy się nam głównie z brakiem jakichkolwiek wymagań i obowiązków. Dzieci – w bardzo niewielu polskich rodzinach – mają jakiekolwiek obowiązki domowe, a jeśli już, to są bardzo łagodnie z nich rozliczane. Pójście do szkoły wciąż kojarzy się z obowiązkiem, a obowiązek z nieszczęściem. A proszę mi wierzyć, dla dziecka nieszczęściem jest np. nuda.

Rodzice mają też świadomość, że dziecko-uczeń nakłada na nich o wiele więcej obowiązków niż dziecko-przedszkolak. Otóż dopóki dziecko jest w przedszkolu, dopóty my to dziecko możemy mieć „z głowy” od godziny 7 do 17 albo i dłużej. Pójście dziecka do szkoły to niestety w rytmie życia rodziny spora rewolucja. Mniejsza liczba godzin spędzanych poza domem – z czym mamy do czynienia w przypadku młodszych uczniów – oznacza kłopot ze zorganizowaniem dziecku opieki. Niewiele jest jeszcze szkół, które mają świetnie działające świetlice szkolne. Ale z drugiej strony znam też przypadki, gdy dzieci targują się z rodzicami, żeby jeszcze poszli zrobić zakupy albo na spacer, a dopiero potem przyszli po dziecko do świetlicy.