Newsletter

Na dobre i na złe: brytyjska parada równości

Aleksandra Kaniewska, 06.02.2013
David Cameron zagrał mocno va banque. Jego projekt małżeństw jednopłciowych przepadłby, gdyby nie głosy opozycji

David Cameron zagrał mocno va banque. Jego projekt małżeństw jednopłciowych przepadłby, gdyby nie głosy opozycji

„Popieram małżeństwa gejowskie nie mimo tego, że jestem konserwatystą, ale DLATEGO, że jestem konserwatystą“ – powiedział David Cameron w październiku 2011 roku w Manchesterze podczas corocznej konferencji partyjnej. Otrzymał wtedy gorące brawa, choć część tzw. backbenchers, krytyków zmian w partii, miała ponure miny.

Do dziś, mimo opozycji we własnej partii, Cameron nie zmienił w tej sprawie zdania. A brytyjski parlament przegłosował właśnie ustawę umożliwiającą zawieranie związków małżeńskich przez osoby tej samej płci. „To ogromny krok dla naszego kraju. Jestem wielkim fanem małżeństwa i uważam, że wszyscy mają do niego prawo. Chodzi o równość, ale też o to, żebyśmy byli silniejsi jako społeczeństwo” – mówił uśmiechnięty premier po głosowaniu. Ale czy rzeczywiście ma podstawy do radości? Czy to kolejne, po obietnicy „euroreferendum”, ryzykowne zagranie mu się opłaci?

W dniu głosowania brytyjskie media żyły tak naprawdę dwoma tematami. Pierwszy to oczywiście małżeństwa jednopłciowe. Drugi – paradoksalnie też dotyczący kwestii małżeńskich – sprawa polityka z partii Liberalnych Demokratów Chrisa Huhne’a, którego była żona z zemsty za jego zdrady postanowiła skompromitować. Doniosła więc mediom, że wiele lat wcześniej, kiedy jeszcze byli małżeństwem, zmusił ją do przyjęcia punktów karnych za wykroczenie na drodze. Cóż, w małżeństwie, jak głosi tradycja, jest się na dobre i na złe. Ale poza małżeństwem, tym bardziej po zdradzie, już chyba tylko na złe? O brytyjska ironio losu…

Kiedy część mediów dyskutowała nad polityczną przyszłością Huhne’a, na łamach konserwatywnego dziennika „The Daily Telegraph” trójka najważniejszych torysowskich polityków: szef dyplomacji William Hague, minister finansów George Osborne i minister spraw wewnętrznych Theresa May próbowała przekonać Brytyjczyków, że torysi wspierają równość i są społecznie liberalni. Pisali m.in: „Związki partnerskie dla par homoseksualnych to była właściwa decyzja, ale dziś potrzeba czegoś więcej. Sama instytucja małżeństwa się zmienia. Wierzymy, że otwarcie jej dla par tej samej płci wzmocni ją, a nie osłabi. Tym bardziej, że te zmiany popiera większość Brytyjczyków”.

Parlamentarna debata, która poprzedziła głosowanie w Izbie Gmin, była gorąca, ale wyważona. „Nie zgadzam się z podziałem, według którego ci, którzy popierają małżeństwa homoseksualne przyczyniają się do końca cywilizacji, a ci, którzy są ich przeciwnikami, to zacofane dinozaury” – mówił jeden z torysów. Dla niego najważniejszym wyzwaniem jest naruszenie wolności religijnej, które nowe prawo może wymusić. Innymi słowy, polityk ten obawia się, że Kościoły i instytucje religijne będą zmuszane do udzielania ceremonii małżeńskich parom homoseksualnym wbrew swojej woli (ustawa jednak zaznacza, że ślub może się odbyć tylko wtedy, jeśli instytucja religijna wyrazi na to zgodę i nie ma mowy o wywieraniu na nią nacisku).

Simon Hughes z partii Liberalnych Demokratów porównywał tę dyskusję do debaty o niewolnictwie sprzed 150 lat. „Obejrzałem właśnie film Stevena Spielberga »Lincoln«, który porusza ten temat. Wtedy również ludzie mówiący tym samym językiem i pochodzący z tej samej kultury widzieli rozwiązanie problemu zupełnie inaczej. Podobnie ocenimy kiedyś brak równości w dostępie do małżeństwa” – tłumaczył. Z kolei torysowska minister ds. równości Maria Miller przekonywała posłów, że to decyzja dobra dla wszystkich, także tych, którzy wierzą w tradycję. „Małżeństwo daje nam możliwość przejścia całego życia z jednym partnerem, otwiera nas na stabilną relację, dzięki której jesteśmy silni i lepsi jako ludzie i członkowie społeczeństwa”, tłumaczyła. A Nick Clegg, szef Liberalnych Demokratów i wicepremier w rządzie dodawał: „Wszyscy jesteśmy równi, to najlepszy argument”.

Wczesnym wieczorem było już wiadomo, że brytyjski parlament ustawę przegłosował. „Sukces Camerona” – ogłosiły dzienniki i agencje informacyjne. Prawdą jest jednak, że największe zasługi dla walki o równość mogą przypisać sobie… laburzyści. To oni poparli projekt w zdecydowanej większości (podobnie jak Liberalni Demokraci). W sumie 400 posłów zagłosowało „za“, a 175 „przeciw“. Wśród tych, którzy projekt ustawy odrzucili, było aż 134 polityków z najbardziej tradycyjnego skrzydła partii Davida Camerona; 126 poparło ustawę, a 35 torysów wstrzymało się od głosu. Debata trwała aż 6 godzin!

Wczorajsze głosowanie to ważne wydarzenie dla brytyjskich mniejszości seksualnych, choć wcale nie jest to rewolucja. Na Wyspach możliwość rejestrowania związku homoseksualnych wprowadzono już w 2004 r. Dlatego zmiana, którą ta ustawa może zapoczątkować, jest raczej symboliczna. Co nie znaczy, że mało ważna. Pary tej samej płci do tej pory mogły zawierać związki partnerskie z całym zapleczem prawnych korzyści: dziedziczenie, wspólne rozliczanie się z podatków, dostęp do informacji w razie choroby czy śmierci, prawo do opieki nad dzieckiem partnera, alimenty itp. Teraz dodatkowo zyskają prawo do prawdziwej ceremonii małżeńskiej, cywilnej albo religijnej. Dla wielu par gejów i lesbijek rozpoznanie ich związków jako społecznie akceptowanych, pełnowartościowych i godnych miana małżeństwa jest tak samo ważne, jak możliwość nazwania swojego partnera czy partnerki mężem lub żoną. Po zmianach prawnych nastał czas na głęboką, społeczną akceptację.

Abstrahując jednak od korzyści prawnych i obyczajowych, które ta ustawa może dać gejom i lesbijkom (może – bo nie zapominajmy, że teraz musi jeszcze przejść przez dyskusję i debatę w Izbie Lordów), najciekawszy jest tu kontekst polityczny. David Cameron, wspierany przez kilku najważniejszych polityków w swojej partii, zagrał mocno va banque. Matematyka mówi zresztą sama za siebie. Projekt małżeństw jednopłciowych przepadłby, gdyby nie głosy opozycji, a w jego własnej partii większa liczba posłów odrzuciła ustawę niż ją poparła.

Po co to ryzyko wewnątrzpartyjnej rebelii? Czyżby Cameron próbował przed wyborami w 2015 roku zdobyć zaufanie i głosy mniejszości seksualnych, dla których od zawsze bardziej naturalne było głosowanie na laburzystów lub liberałów? A może chciał pokazać konserwatystom, którzy spiskują za jego plecami, kto tu naprawdę rządzi? Czyżby rzeczywiście, jak pokazuje jedno z rządowych opracowań opublikowane przed głosowaniem, małżeństwa gejowskie miały wesprzeć gospodarkę w recesji? Bo jeśli wyobrazić sobie wydatki na celebracje ślubne, które ponoszą pary heteroseksualne, rozszerzenie tej tradycji na gejów i lesbijki pozytywnie stymulowałoby sektor weselny. Brytyjski rząd uważa, że to może być źródło dodatkowych 14 milionów funtów! Dodatkowo, jeśli Wielka Brytania stanie się 12-tym krajem na świecie, który oferuje możliwość zawierania ślubów jednopłciowych, zwiększy swoje wpływy z turystyki. Już dziś część par homoseksualnych decyduje się na wyjazd np. do Islandii czy Kanady.

Jest też inne wytłumaczenie. Nawet konserwatywni posłowie twierdzą, że małżeństwa jednopłciowe mogą stać się sztandarowym „projektem Camerona”. Zmianą społeczną i kontynuacją podupadłej dziś idei „Wielkiego Społeczeństwa”. Być może dzięki temu będzie zapamiętany przez Brytyjczyków. Jest w końcu liderem, który odbudował centralną pozycję Partii Konserwatywnej w brytyjskiej polityce po okresie 13 lat władzy laburzystów. Czy można się dziwić, że prawdziwy lider chce być znany z czegoś więcej niż tylko pakietu cięć wydatków socjalnych?

*Aleksandra Kaniewska – analityk polityczny ds. Wielkiej Brytanii w Instytucie Obywatelskim, publicystka