Newsletter

Dyktatorzy i media

Aleksandra Kaniewska, 02.02.2013
Raz na jakiś czas warto przypomnieć sobie, po co tak naprawdę mamy czwartą władzę i jaka jest jej rola

„Demokracja to stan wiecznego niezaspokojenia. To poczucie: never enough” – twierdzi francuski filozof, Bernard-Henri Lévy. I ma rację. Demokrację trzeba ciągle ulepszać, pracować nad tym, by rzeczywiście była głosem obywateli, a nie mniejszości trzymającej władzę. A któż lepiej może pomóc w pracy nad ulepszaniem demokratycznych procesów, zwiększaniem ich transparentności niż wolne media? Raz na jakiś czas warto przypomnieć sobie, po co tak naprawdę mamy czwartą władzę i jaka jest jej rola.

Warto tym bardziej, że w mediach od lat panuje kryzys – i to nie tylko finansowy. Media skompromitowały się na przykład w Wielkiej Brytanii, ojczyźnie świetnej jakościowo telewizji publicznej BBC. To tam afera podsłuchowa w wydawnictwie News International przyczyniła się do zamknięcia najstarszego na Wyspach brukowca „News of the World” i powołania specjalnej komisji śledczej z sędzią Lordem Levesonem na czele. Wyniki śledztwa nie były dla brytyjskich mediów łaskawe.

Teraz już nie media patrzą na ręce rządzącym i obywatelom, ale ci drudzy robią audyt prasy i telewizji, najczęściej z wynikiem negatywnym. W Polsce w ubiegłym roku wszyscy żyli sprawą obraźliwej audycji Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego w radiu Eska Rock, a nie tak dawno wpadką telewizji TVN24, która wyemitowała komentarz rzekomo ze Stanów Zjednoczonych, a tak naprawdę z warszawskiego mieszkanka na Ursynowie.

Wszechobecna jest też niekompetencja części dziennikarzy, którzy zamiast rzetelnej kwerendy wybierają opcję „kopiuj-wklej” z zagranicznej prasy.

Ale niechże prasy zła prasa nie pozwoli nam zapominać, jak bardzo media są ważne. Zazwyczaj uświadamiamy to sobie, kiedy siedząc wygodnie na kanapie z otwartymi oczami śledzimy wydarzenia z odległych o tysiące kilometrów, targanych wojnami krajów. Albo gdy oglądamy, często z niedowierzaniem, jak zróżnicowany, niepojęty i ciekawy jest świat poza granicami naszego mieszkania, dzielnicy, miasta czy kraju. To dlatego filmy dokumentalne brytyjskiego biologa ewolucyjnego, sir Davida Attenborougha, od kilkudziesięciu lat oglądają miliony widzów BBC. A poranne wydanie „The Sunday Times” jest dla wielu weekendową biblią.

Wreszcie, media są nie tylko przepustką do wiedzy, ale też platformą zmiany społecznej – kiedy naciskają, obnażają i walczą z władzą o lepsze warunki życia dla ich obywateli.

Specjalną mapę medialną świata przedstawiła w ubiegłym tygodniu organizacja Reporterzy bez Granic (RSF). Ich Indeks Wolności Prasy co roku przygląda się sytuacji mediów na całym świecie. Sprawdza przepływ informacji i dostęp do mediów, poziom cenzury czy wpływu władzy na publikowane materiały. Bada też, ilu dziennikarzy podczas pracy traci życie. Tylko w tym roku na świecie zginęło już siedmiu profesjonalnych reporterów i czterech dziennikarzy obywatelskich, tzw. netizens.

W rankingu RSF w pierwszej trójce krajów o najwyższym indeksie wolności prasy znalazły się: trzeci rok z rzędu Finlandia, Holandia i Norwegia. Wysoko są też Dania, Islandia i Szwecja. Polska może odnotować swój mały sukces – plasujemy się na 22 pozycji spośród 179 krajów. To awans o dwa miejsca. Jest u nas lepiej niż na Słowacji (23), w Wielkiej Brytanii (29) czy nawet w Stanach Zjednoczonych (33), kolebce wolnych i niezależnych mediów! Oba kluczowe dla historii mediów kraje – Wyspy Brytyjskie i Ameryka – zaliczyły w tym roku mocny spadek w rankingu RSF. Stany Zjednoczone przez podejście części mediów do sytuacji protestujących z ruchu „Occupy Wall Street”, zaś Wielka Brytania przez skandal prasowy pod szyldem Ruperta Murdocha.

Interesująco wygląda też ocena sytuacji mediów w Azji. O 18 miejsc awansowała Birma, gdzie, zapewne „na zachętę”, postanowiono nagrodzić rządzących za ich próby odbudowy otwartego społeczeństwa informacyjnego, m.in. przez likwidację cenzury. Sytuacja pogorszyła się za to w Indiach (140, spadek o 9 pozycji) i Bangladeszu (144, minus 15 miejsc). Bez zmian za to w Chinach (173), gdzie władze wciąż zdają się nie ufać obywatelom.

Najbardziej dramatyczny spadek w Azji stał się udziałem Japonii – poszybowała w dół z 22 na 53 pozycję. To głównie efekt blokady informacyjnej w mainstreamowych mediach tuż po trzęsieniu ziemi i katastrofie nuklearnej w Fukushimie. Japońskie władze usilnie trzymają się też pewnego medialnego reliktu – klubów prasowych (kisha club) przy najważniejszych państwowych firmach i instytucjach. Dostęp do nich mają jedynie wybrani dziennikarze, a przekazywane informacje często bardziej przypominają komunikaty PR-owe niż newsy.

Oczywiście nie wszystkie systemy medialne da się porównać. Ale ciekawa jest obserwacja, jak sytuacja mediów łączy się z aktualnym stanem demokracji. Nisko w indeksie wolności prasy znajdują się kraje o brutalnych reżimach, gdzie giną nie tylko ludzie mediów, ale i zwykli obywatele. To Somalia, Syria czy Pakistan. Są też kraje, takie jak Korea Północna czy Erytrea – szczelnie zamknięte dla dziennikarzy skanseny – w których nawet dostęp do telefonu komórkowego, a cóż dopiero internetu jest luksusem. Mówi się przecież, że nawet bardzo tępi i zadufani w sobie dyktatorzy nie są tak głupi, żeby pozwalać dziennikarzom pisać, co tylko chcą.

Warto czasem przyjrzeć się podobnym rankingom. Pozwalają docenić całą medialną różnorodność, którą w Polsce mamy. Nie musi to oznaczać, że nie chcemy od naszych mediów więcej, zwłaszcza: więcej jakości. Ale dobrze, że są.