Newsletter

Sposobu życia nie da się przegłosować

Konrad Niklewicz, 25.01.2013
Sejm odrzucił w głosowaniu wszystkie projekty regulacji dotyczących związków partnerskich. Posłowie, którzy zagłosowali przeciwko każdej z propozycji uznali najwyraźniej, że można przymknąć oczy na rzeczywistość

Sejm odrzucił w głosowaniu wszystkie projekty regulacji dotyczących związków partnerskich. Posłowie, którzy zagłosowali przeciwko każdej z propozycji uznali najwyraźniej, że można przymknąć oczy na rzeczywistość

Nikt nie jest w stanie dokładnie policzyć, ilu Polaków i Polek żyje w nieformalnych związkach hetero- i homoseksualnych. Intuicja podpowiada, że mówimy tu o setkach tysięcy obywateli. Razem z postępującymi zmianami cywilizacyjnymi i kulturowymi liczba nieformalnych związków prawdopodobnie będzie się zwiększać. Żadne to okrycie Ameryki, a jedynie potwierdzenie prawdy znanej od dawna: to, co było nie do pomyślenia dla pokolenia naszych dziadków, staje się chlebem powszednim pokoleniach ich wnuków i prawnuków.

Z wielu różnych powodów ludzie będą chcieli żyć ze sobą i budować trwałe związki bez kościelnego sakramentu lub urzędowej pieczątki. Zresztą, często już istniejące związki partnerskie są trwalsze niż te „sformalizowane”.

Proponowana przez posła PO Artura Dunina ustawa miała zagwarantować ludziom żyjącym w takich związkach podstawowe prawa. Regulacje dotyczyły nie tylko związków, w których partnerzy są tej samej płci, ale także (znacznie liczniejszych!) nieformalnych związków kobiet i mężczyzn. Projekt wysuwał tak oczywiste postulaty jak prawo do dziedziczenia wspólnie wypracowanego majątku czy prawo do uzyskania informacji o stanie zdrowia partnera.

Projekt posła Artura Dunina – podobnie zresztą jak inne propozycje ustawowe przedstawione przez SLD i Ruch Palikota – nie przewidywał prawa do adopcji dzieci dla par homoseksualnych ani innych rozwiązań, co do których wciąż utrzymują się żywe wątpliwości, także na gruncie etycznym.

Inne kraje europejskie już przez taką debatę przeszły. W swej większości uznały, że związki partnerskie są częścią społecznej rzeczywistości – i należy im się prawne uznanie. Jednym ze zwolenników przyznania praw związkom partnerskim jest choćby tak często przywoływany przez prawą stronę sceny politycznej w Polsce David Cameron.

Jeżeli dwoje dorosłych ludzi chce żyć razem, nie potrzebują do tego ani sakramentu, ani urzędniczego poświadczenia. Z własnej woli mogą chcieć tychże – ale nie muszą. Państwo i przepisy prawa nie powinny zmuszać obywateli do określonych zachowań – np. do zawierania małżeństw – zwłaszcza wtedy, gdy brak takiego zachowania nie wyrządza nikomu krzywdy, a jest jedynie wyrazem woli świadomych siebie obywateli. Bo tu nie ma żadnego zła, tak jak definiuje go etyka, podstawa humanizmu.

Zarazem jednak państwo takim obywatelom powinno ułatwiać życie, a nie utrudniać. Jeśli konsekwencje społeczne związku partnerskiego są takie same (np. założenie rodziny) jak konsekwencje związku „sformalizowanego” – to taka sama powinna być ich ochrona. Kościół katolicki ma prawo związków heteroseksualnych (bądź niepobłogosławionych) nie akceptować, ale równe dla wszystkich państwo prawa nie powinno tak czynić. Tym bardziej, że przyznanie związkom partnerskim podstawowych zabezpieczeń nie odbywa się kosztem czegokolwiek. Ochrona i prawa podstawowe małżeństw nie zmienią się ani o jotę.

A skoro już o tych ostatnich mowa. W bliskich nam choćby z powodów kulturowych i religijnych Włoszech aż do początku lat 70-tych XX w. nielegalne były rozwody. Tam też zakaz ten był uzasadniany względami „ochrony rodziny” i „ochrony dzieci”.

*Konrad Niklewicz – współpracownik Instytutu Obywatelskiego, były wiceminister rozwoju regionalnego, był też rzecznikiem polskiego przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej, w l. 1998-2011 dziennikarz „Gazety Wyborczej”