Newsletter

Zmierzch medialnych bożków?

Małgorzata Bogunia-Borowska, 25.01.2013
Im większa ilość kanałów telewizyjnych, tym silniejsza degradacja treści. Już Karl Popper mówił, że „dodaje się pieprzu do coraz gorszych dań, aby można było przełknąć rzeczy wstrętne i niejadalne”

Strona 1

Im większa ilość kanałów telewizyjnych, tym silniejsza degradacja treści. Już Karl Popper mówił, że „dodaje się pieprzu do coraz gorszych dań, aby można było przełknąć rzeczy wstrętne i niejadalne” – z dr Małgorzatą Bogunią-Borowską rozmawiają Aleksandra Kaniewska i Jarosław Makowski

Aleksandra Kaniewska, Jarosław Makowski: Telewizja jest w kryzysie. Wydawcy nie mają na nią pomysłu, spadają wpływy z reklam, maleje oglądalność. Widzowie odpływają do internetu: mediów społecznościowych, blogosfery; wolą BBC na komputerze niż TVN24. Czy to nie koniec telewizji w Polsce?

Dr Małgorzata Bogunia-Borowska: To tylko pozory. Internet nie jest medium masowym, a telewizja wciąż tak. Wszystkie treści, które znajdujemy na Facebooku czy Twitterze, w większości najpierw pojawiają się w telewizji. Poza tym – według wskaźnika ATV – średni czas oglądania telewizji wciąż wzrasta, właściwie na całym świecie. Rośnie też liczba użytkowników serwisów wideo i VOD. Po prostu zmienia się sposób oglądania treści – to częściej ekran komputera niż stacjonarnego telewizora. Przykładem z ostatniego czasu są drastyczne zdjęcia ze Smoleńska, które od ponad miesiąca znajdowały się na serwerze w Rosji i Stanach. Ale dopiero gdy media tradycyjne ujawniły tę informację, rozpoczęły się ich masowe poszukiwania przez użytkowników sieci.

Ale coraz więcej osób nie ma potrzeby posiadania odbiornika telewizyjnego. Mało kto uważa, że warto płacić abonament. Czy gdyby telewizja znalazła na siebie nowy pomysł, ta dawna fascynacja by wróciła?

Brak odbiornika ogranicza dostęp do telewizyjnego contentu, ale to niekoniecznie oznaka całkowitej rezygnacji z treści. Przypomina mi się film niemieckiego reżysera, Hansa Weingartnera, „Free Rainer” z 2007 r. Jego główny bohater, Rainer, jest producentem telewizyjnych programów, których jakość i poziom są spektakularnie niskie, nawet wulgarne. W jednym z jego show rywalizują ze sobą plemniki trzech mężczyzn. Widz śledzi ich gonitwę do mety na ekranie. Wygrany facet, właściciel najlepszej spermy, będzie mógł odbyć stosunek z piękną dziewczyną w szklanym pokoju. Nie trzeba chyba dodawać, że na oczach telewidzów.

Rozrywka XXI wieku?

Niestety. Człowiek zostaje sprowadzony do roli fizjologicznej maszyny, która reaguje jedynie na podstawowe biologiczne instynkty. Bohater filmu, o którym opowiadam, jest zblazowany i znudzony życiem. Ma luksusowy dom, najdroższe modele prestiżowych marek samochodowych i piękną dziewczynę, ale nie jest szczęśliwy. Cierpi na napady niekontrolowanej agresji, nadużywa alkoholu i kokainy. Żyje w emocjonalnej pustce. Po samochodowym wypadku, który sam powoduje, a także cudownym ocaleniu, przewartościowuje swoje dotychczasowe życie. Buntuje się przeciwko światu, którego sam był częścią.

I chce zmienić telewizję na wartościowszą?

Dokładnie tak. I to przez rewolucję kulturalną. Uznaje, że skoro telewizja służyła do omamiania widzów, równie dobrze może stać się narzędziem stymulacji intelektualnej. I kilku zapaleńcom udaje się dokonać dość radykalnej zmiany. Na fali tego sukcesu podejmują walkę z całym systemem kultury konsumpcyjnej.

To dość optymistyczna wizja. Czy faktycznie jeśli zmienimy treść mediów, zmieni się również widz?

Nie wystarczy tylko zaserwować inną ofertę. To, jacy są konsumenci mediów zależy od wielu czynników. Dla mnie problem leży gdzie indziej: nikt nie uczy nas oglądać telewizji.

To chyba potrafi 100 proc. Polaków!

Wiem, że brzmi to dziwnie. Ale poważnie: bez edukacji medialnej nie ma świadomego i autonomicznego widza masowego. Bo przecież obrazy medialne można interpretować na wiele sposobów, wyciągać z nich różne wnioski. I poddawać się ich sugestiom albo stawiać opór. Można je też odbierać zupełnie bezrefleksyjnie. A edukacja medialna uczy nie tylko wątpienia i postawy krytycznej wobec prezentowanych treści, ale też twórczej ich analizy.

Bo widz bezrozumny jest bardziej podatny na manipulację, np. wielkich korporacji medialnych?

Trochę tak. Już sam sposób filmowania, na przykład polityków, może zwiększać sympatię lub niechęć do nich. Bo człowiek niskiego wzrostu, którego sfilmujemy od góry, będzie wyglądał na jeszcze mniejszego i mniej znaczącego. I odwrotnie, ujęty z dołu wyda się widzowi większy i potężniejszy.

Może nam się zdaje, ale pani doktor jest chyba optymistką, jeśli chodzi o polską telewizję. My uważamy, że sytuacja nie jest dobra. I coś się musi zmienić.

Ja staram się uciekać od tez, że jest źle. To niemiarodajna ocena. Negatywnym trendem jest jednak dysproporcja ideologiczna widoczna na polskich ekranach. Telewizja w Polsce stała się medium klasy średniej, czyli tej, która była beneficjentem zmian po transformacji ustrojowej. Jeśli spojrzymy na seriale, ich bohaterowie albo odnieśli sukces, albo właśnie o niego walczą, mieszkają w dużych miastach, są niezależni finansowo. Tacy są ludzie z „Magdy M.” czy serialu „Kasia i Tomek”.

Mamy też nadprodukcję seriali rodzinnych, niekiedy całkiem przaśnych. Tam są typowe rodziny, które wieczorami jedzą kanapki, zamiast wyjść na kolację do restauracji.

Tak, ale nawet jeśli rodzina Mostowiaków z „M jak miłość” pochodzi ze wsi, wszystkie ich dzieci mieszkają w mieście, wykonują wolne zawody i nie mają problemów finansowych. Podobnie było w serialu „Złotopolscy”. Z kolei w „Ranczu” mamy wieś jeszcze bardziej wyidealizowaną. Główni bohaterowie to lokalni przedstawiciele władzy. Do tego do wsi przyjeżdża Amerykanka z masą pieniędzy, ratuje bezdomne zwierzęta, odbudowuje dworek i rewitalizuje całą okolicę. Nawet anielski chór pijaczków, który stoi pod sklepem w Wilkowyjach, jest wyidealizowany. Taka fajna, sielska wieś polska być może istnieje, ale nie powszechnie. Ten serial trafia w polskie marzenia o własnej, prywatnej Arkadii.

Z której można popatrzeć z dystansem na wielkomiejski zgiełk i gonitwę.

Znam tylko jeden serial, który od lat autentycznie i uczciwie, choć parodystycznie niweluje ideologiczne dysproporcje między ekranem a prawdziwym życiem. To „Świat według Kiepskich”. To jest prawdziwa „Polska B”, kraj ludzi żyjących w czynszowych kamienicach, z jedną wspólną toaletą na korytarzu. Ciekawe jest to, że on trafił z przekazem do dwóch grup społecznych: inteligencji, która odczytała parodię i zabawne chwyty językowe. Ale też do części Polaków, którzy nie żyją tak jak Magda M. czy Kasia i Tomek, a w Kiepskich rozpoznali samych siebie.