Newsletter

R jak referendum. I jak ryzyko

Konrad Niklewicz, 24.01.2013
Zapowiedź referendum przez Camerona była politycznym gestem, próbą przejęcia inicjatywy w toczącej się na Wyspach debacie

Zapowiedź referendum przez Camerona była politycznym gestem, próbą przejęcia inicjatywy w toczącej się na Wyspach debacie

Brytyjski premier David Cameron włożył wiele wysiłku w to, żeby w swoim środowym wystąpieniu podkreślić, że – w jego przekonaniu – miejsce Wielkiej Brytanii jest nadal w europejskiej wspólnocie. Choć, dodajmy, pod warunkiem renegocjowania reguł członkostwa.

Mówiąc o referendum, premier Cameron obwarował je wieloma warunkami: że po ewentualnym ponownym zwycięstwie wyborczym Partii Konserwatywnej, że dopiero za jakiś czas, najwcześniej za dwa lata, i że pod warunkiem renegocjowania europejskich traktatów. To wystarczy, żeby uznać, iż zapowiedź referendum była politycznym gestem, próbą przejęcia inicjatywy w toczącej się na Wyspach debacie.

Taki też był ton niektórych komentarzy. Jednak gesty mają swoje konsekwencje. Nawet po obwarowaniu wieloma warunkami, samo – tak dobitne – wypowiedzenie słowa „referendum” oznacza powstanie samoistnego, silnego bytu politycznego. Niewykluczone, że jedyne co Brytyjczycy na dłuższą metę zapamiętają z przemówienia szefa rządu, to właśnie obietnica referendum, a nie przywiązanie Camerona do Unii Europejskiej. Od teraz referendum przestaje być widmem. Teraz jest wyryte w kamieniu.

Jak zauważył Krzysztof Blusz z demosEUROPA, brytyjski polityk zachował się, toutes propotions gardées, trochę niczym astrolog, który stara się odczytać ruchy gwiazd na 10 lat naprzód i stwierdza, że ich ułożenie pozwoli na realizację misternego planu. Tyle tylko, że nikt nie może dać gwarancji, że tak będzie.

Podchodząc do tego ćwiczenia czysto teoretycznie i wstrzymując się z jakimikolwiek ocenami, czy to dobrze, czy źle: nie można wykluczyć scenariusza, w którym albo nie udają się prace nad renegocjacją traktatów unijnych – a w każdym razie nie tak, jak by sobie tego życzyła brytyjska Partia Konserwatywna – albo udają się, ale Brytyjczycy w referendum i tak mówią „nie”.

Jeszcze raz podkreślmy: tu nie chodzi o żadne oceny. Te byłyby tematem na osobną analizę. Chodzi jedynie o pokazanie, że raz rozpoczęty scenariusz może zakończyć się zgoła nieprzewidywalnym efektem.

Hiperbolizując, premier Cameron być może właśnie przekroczył swój Rubikon. Przypisywane Cezarowi powiedzenia o rzuconych kościach (alea iacta est) sugeruje, że sam Cezar zdawał sobie sprawę z ryzyka – tak jak to bywa w grze kośćmi. Pewnie wierzył w zwycięstwo, ale nie mógł mieć ostatecznej pewności. Premier Cameron też nie może jej mieć. Dziś nikt nie może wykluczyć, że za kilka lat trzeba będzie myśleć o czymś, co dziś wydaje się nie do pomyślenia.

Warto wszak przypomnieć, że na dwa lata przed francuskim referendum w sprawie Traktatu Konstytucyjnego też nie planowano jego porażki.

*Konrad Niklewicz – współpracownik Instytutu Obywatelskiego, były wiceminister rozwoju regionalnego, był też rzecznikiem polskiego przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej, w l. 1998-2011 dziennikarz „Gazety Wyborczej”