Newsletter

Fotoradarowa niesubordynacja?

Magdalena Heczko (Śliwka), 17.01.2013
Co wspólnego mają fotoradary i kultura prawna? Okazuje się, że bardzo wiele

Każdy Polak ma doskonałą wiedzę w każdej dziedzinie i może decydować o wszystkim samodzielnie. Jesteśmy wybitnym narodem indywidualistów… Nie można nam niczego narzucać, bo wszystko wiemy najlepiej sami – na każdy temat i w każdej sprawie.

Doskonale obrazuje to problem fotoradarów, który obnaża inny, z jakim zmagamy się w Polsce. Mowa o niskim poziomie kultury prawnej.

A co wspólnego mają fotoradary i kultura prawna? Okazuje się, że bardzo wiele. Z fotoradarami związana jest kwestia przestrzegania prawa.

Dziennikarze, publicyści i celebryci ze zdwojoną siła zaatakowali ministra Sławomira Nowaka za głupi, ich zdaniem, Narodowy Program Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego 2013-2020. Przekonują, że kluczowym powodem proponowanych zmian jest łatanie budżetu.

Trzeba oddać sprawiedliwość, że zamieszczenie takiej pozycji w budżecie może i jest niezręcznością. Ale z drugiej strony wpływy z tego tytułu faktycznie występują. Istnieją mandaty i stanowią one dochody państwa. Problemem jest więc raczej kwestia nazewnictwa, a nie sam fakt, że te wpływy z mandatów zasilają budżet?

Państwo nie zmusza przecież kierowców do przekraczania prędkości! Chyba trzeba zgodzić się z Cezarym Michalskim, który twierdzi, że jest to najbardziej sprawiedliwy podatek. Decyzję o jego uiszczaniu kierowca podejmuje indywidualnie. Czy wszyscy protestujący lepiej by się czuli, gdyby wpływy z mandatów za przekroczenie prędkości były wrzucone do jednego „wora”, nazywanego np. wpływami pozapodatkowymi? Czy to by rozwiązało problem? A może lepiej nie uwzględniać tego w budżecie? Dzięki temu na koniec każdego roku będzie nas czekała miła niespodzianka w postaci nieoczekiwanych dochodów!

Zamiast nagonki na fotoradary warto podyskutować, dlaczego istnieje powszechne przyzwolenie na łamanie w Polsce prawa? Bo chyba właśnie w tej sprawie wypowiadają się publicyści i celebryci.

Przepisy ruchu drogowego, w tym ograniczenia prędkości, są powszechnie obowiązującym aktem prawa. Za nieprzestrzeganie prawa natomiast grożą nam określone konsekwencje. Z tym, że w Polsce istnieje powszechne przyzwolenie na łamanie przepisów ruchu drogowego, czyli łamanie prawa właśnie. Za to największym powodem do dumy są przechwałki, kto potrafi jeździć najszybciej. Wydaje się, że większość Polaków nie bierze pod uwagę przepisów ruchu drogowego. Chodzi tylko o to, żeby nie dać się złapać.

Przesłanki do tego, że ograniczenia prędkości są takie a nie inne, wynikają z wiedzy ekspertów i ich doświadczeń. Ale jeśli uważamy, że 50, 60 cz 90 km na godzinę, lub jakakolwiek inna prędkość wyznaczona w danym miejscu jest za niska, dyskutujmy o tym. Spróbujmy przekonać polityków do jej podwyższenia. Ale nie zgadzajmy się na samowolę.

W państwie prawa każdy obywatel zobowiązany jest do jego przestrzegania. Wolność jednostki kończy się wtedy, gdy zaczynamy naruszać prawa innych osób. I tak dokładnie jest w przypadku łamania przepisów ruchu drogowego. Kiedy je naruszamy, stwarzamy zagrożenie dla pozostałych uczestników ruchu – kierowców i pieszych.

Ciekawe jest to, że mimo iż chcemy dorównać państwom zachodnim, myślimy, że można to zrobić w sposób wybiórczy. Czyli: brać to, co nam pasuje. Chcemy być tacy jak Niemcy w kwestii dobrobytu, ale już nie w kwestii stosowania zasad. Jakich? Każdych. W domu, w pracy i na ulicy. Tak się zachowują odpowiedzialni obywatele. Politycy, dziennikarze i celebryci powinni dawać dobry przykład. W społeczeństwie mamy nie tylko prawa, ale i obowiązki.

Trzeba pamiętać, że wolność wiąże się z samoograniczeniami, które w imię dobra wspólnego musimy przed sobą stawiać. Może oprócz doganiania państw Zachodu w PKB per capita, powinniśmy również zacząć im dorównywać w poszanowaniu prawa i postawach obywatelskich?