Newsletter

Fotoradar a sprawa polska

Michał Dobrzański, 15.01.2013
W ochronie życia ludzkiego wszystkie niekonwencjonalne środki są jak najbardziej pożądane - o ile są skuteczne

Pod koniec mojego poprzedniego wpisu zwróciłem uwagę, że fotoradary, choć są skutecznym środkiem egzekucji przepisów, mają pewną zasadniczą wadę – wzbudzają w kierowcach poczucie krzywdy. W związku z tym, że w ostatnim czasie sprawa ta jest żywo omawiana w mediach, czuję się więc w obowiązku jeszcze do niej powrócić.

Zrekonstruujmy bieg wypadków. Minister finansów założył w budżecie wpływy z fotoradarów. Ministerstwo Transportu ogłosiło zaś konsultacje w sprawie Narodowego Programu Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego na lata 2013-20, w ramach którego zapowiedziało m.in. ostrzejsze sankcje dla kierowców i rozbudowę systemu kontroli prędkości o kolejne fotoradary oraz urządzenia odcinkowego pomiaru prędkości.

Spowodowało to silny i emocjonalny odzew, zarówno wśród internautów jak i dziennikarzy, którzy albo wyrażali dezaprobatę i niezrozumienie dla zamiarów rządu, albo wręcz nawoływali do bojkotu. Wywołany do odpowiedzi minister udzielił w eterze internetu wyczerpujących wyjaśnień, dając tym samym świadectwo temu, że organy administracji centralnej najwyraźniej dostrzegły problem bezpieczeństwa ruchu drogowego. To bardzo dobra wiadomość, podobnie jak ta, że dzięki tym wszystkim wydarzeniom kwestia wypadków drogowych przebiła się na wierzch debaty publicznej.

Sama dyskusja była o tyle ciekawa, że poza kolejnym przypomnieniem takich znanych faktów, jak ogólne przekonanie wszystkich kierowców, że ograniczenia prędkości są obojętne i że to kierowca umie najlepiej ustalić, jaka prędkość jest na danym odcinku bezpieczna, wydobyła na światło dzienne także coś innego.

Większość komentatorów doskonale dostrzega, że w Polsce ograniczenia prędkości bardzo często są nieadekwatne do przekroju drogi. To spostrzeżenie jest źródłem argumentu przeciwko fotoradarom, który brzmi z grubsza tak: „na trzypasmowej ulicy stawiają nagle ograniczenie do 40 km/h i fotoradar – przecież to ewidentnie próba złupienia obywatela”. Wrażenie to jest ze wszech miar słuszne, ograniczenie prędkości powinno współgrać z profilem jezdni. Warto wszak dostrzec, że ograniczenie w danym miejscu może być zasadne z punktu widzenia bezpieczeństwa – np. w pobliżu może znajdować się szkoła – natomiast to jezdnia jest źle zaprojektowana.

Łatwo zresztą popełnić taki błąd, ponieważ mamy skłonność do myślenia o wyglądzie ulicy jako raczej zastanym, obiektywnym stanie rzeczy, natomiast o ograniczeniu prędkości jako o efekcie działalności jakiegoś urzędnika. Tymczasem i ograniczenie, i wygląd jezdni są w tym samym stopniu efektem ludzkich decyzji.

Tak czy inaczej problem jest realny i trzeba będzie dokonać uspójnienia przekrojów jezdni z ograniczeniami prędkości w całym kraju. Na szczęście Narodowy Program BRD zdaje się ten aspekt sprawy uwzględniać.

Najbardziej paradoksalny akcent w całej dyskusji stanowi zaś bojkot pomysłu ministra finansów, zaproponowany przez Chełmski Automobilklub. Bojkot ten nawołuje do radykalnego przestrzegania przepisów, aby uniemożliwić Ministerstwu Finansów osiągnięcie założonych wpływów z mandatów.

Jest to niezwykle ciekawa konstrukcja, pokazująca dobrze, jak rozemocjonowana jest dyskusja o sankcjach wobec kierowców. Przesłanką dla kierowców do udziału w bojkocie jest bowiem przekonanie, że rząd chce postawić fotoradary, aby ściągnąć z nich „haracz”, a nie po to, aby zwiększyć bezpieczeństwo. Tym samym, w odwecie, kierowcy mieliby jeździć przepisowo, aby „pokrzyżować szyki” rządu i uniemożliwić „niecny plan”.

Akcja ta jaskrawo pokazuje kilka fenomenów. Po pierwsze, punktuje porażkę rządu w wyjaśnieniu społeczeństwu intencji swoich działań. Po drugie, do bólu wyraźnie pokazuje, że stawianie fotoradarów najwyraźniej jest skuteczne, skoro kierowcy już zaczynają zwierać szyki, aby konsekwentnie jeździć przepisowo.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt – rząd szacuje, że koszty wypadków drogowych w Polsce w 2011 r. wyniosły ok. 28 mld zł. W praktyce mogłoby się więc okazać, że ów bojkot, mający pozbawić fiskus założonego 1,5 mld zł, jednocześnie pozwoliłby państwu dużo więcej zaoszczędzić.

Ostatecznie w ochronie życia ludzkiego wszystkie niekonwencjonalne środki są jak najbardziej pożądane, o ile są skuteczne. Jeśliby więc udało się wykorzystać specyficzny fakt społeczny, jakim jest w Polsce ogólna niechęć i brak zaufania obywateli do władzy, aby sprawił, że kierowcy sami się zdyscyplinują i zaczną jeździć przepisowo, należałoby to tylko pochwalić. Zachęcam więc do udziału w tej akcji.