Newsletter

W paranoicznej fazie globalizacji

Thomas Hylland Eriksen, 25.07.2013
Państwo powinno odebrać naród ekstremistom. Bo ekstremizm jest napędzany brakiem współczucia i opieki

Państwo powinno odebrać naród ekstremistom. Bo ekstremizm jest napędzany brakiem współczucia i opieki – z prof. Thomasem Eriksenem rozmawia Aleksandra Kaniewska

Aleksandra Kaniewska: W Europie wiele mówi się ostatnio o powrocie nacjonalizmu – w siłę rosną ekstremistyczne ugrupowania i mocno skrajne partie polityczne w Grecji, Belgii, Holandii, Francji, Niemczech i Hiszpanii. To wina kryzysu?

Prof. Thomas Hylland Eriksen: To zdaje się być najnaturalniejsze wytłumaczenie, chociaż wcale nie do końca tak właśnie jest. Od lat 80-tych, ale zwłaszcza w latach 90-tych XX w. doszło w Europie do gwałtownej globalizacji i rozwoju idei neoliberalnych, które w wielu krajach w rewolucyjny sposób zmieniły relacje społeczno-gospodarcze. Równocześnie wzrastała liczba imigrantów i postępowała pewna marginalizacja klasy średniej. Ta ostatnia coraz częściej zostawała bez pracy i wypadała poza uprzednio posiadany status. Różnice wewnątrz społeczeństw rosły.

Dziś natomiast mamy sytuację, w której główne różnice polityczne leżą nie na osi prawica-lewica, lecz na osi kosmopolityzm-nacjonalizm.

Kryzys w UE nie ustępuje, bezrobocie, zwłaszcza wśród młodych, rośnie. Uda się zbudować bardziej solidarne społeczeństwo, jak chcieliby niektórzy unijni aktywiści, czy zaczniemy się zamykać, jak Niemcy po Wielkim Kryzysie?

Grupy ksenofobiczne oczywiście mogą korzystać ze złej koniunktury, ale duże szanse społecznego powodzenia mogą mieć teraz ideologie lewicy, które zapobiegają wykluczeniu i marginalizacji.

Najważniejszą kwestią w zrozumieniu solidarności jest nierówność. Jeśli pojawi się przeświadczenie, że istnieją grupy, które korzystają na kryzysie – elity, klasa średnia, migranci – i których nie dotykają ciężkie czasy, wojowniczy nacjonalizm może stać się coraz popularniejszy. A jego naturalnym celem będą imigranci, obcokrajowcy oraz klasa rządząca. Skrajna prawica i fundamentalistyczni muzułmanie mają wiele wspólnego. Z reguły też przyciągają do siebie podobnych ludzi – zazwyczaj młodych mężczyzn, czujących, że są wyłączeni z globalnego świata.

Nacjonalizm jest też bardzo silny w krajach, które mocno przeżyły ostatni kryzys, na przykład w Grecji. Jest szansa, że ksenofobiczne nastroje zaprzepaszczą dalszą integrację unijną?

Sytuacja jest teraz dość zmienna i niebezpieczna. Na razie dotyczy to krajów jak wspomniana Grecja czy Węgry, ale ksenofobia i nastroje separatystyczne mogą się przenosić do innych części Europy. Możemy zaobserwować zmianę w dyskusji na temat różnorodności. Od lat 90-tych do dziś przeszliśmy od optymistycznej otwartości do tego, co nazywam „paranoiczną fazą globalizacji”, gdzie nowe i obce jest postrzegane jako potencjalnie niebezpieczne. Te tendencje, w połączeniu z wysoką stopą bezrobocia wśród młodych i ogólnymi problemami gospodarczymi, nie wróżą dobrze na przyszłość.

W 2011 roku cały świat zadrżał, kiedy w spokojnej i świetnie prosperującej Norwegii ekstremista zorganizował dwa zamachy terrorystyczne i w szaleńczym ataku pozbawił życia prawie 80 osób. Czy atak Breivika pokazuje, że Norwegia, ale też cała Europa, przeszła jakąś zmianę społeczną?

Z całą pewnością te ataki uświadomiły władzom w Norwegii, i zapewne na całym świecie, że terroryzm nie jest tylko muzułmańskim wynalazkiem. Co ciekawe, w rzeczywistości wszystkie ataki terrorystyczne w powojennej Norwegii były przeprowadzone przez skrajną prawicę. Ale czyn Breivika pokazuje również, jak bardzo podzielonym społeczeństwem jest Norwegia. Nawet dziś, mimo że jego działania zostały powszechnie potępione, wielu podziela część jego poglądów. W najbliższej przyszłości będziemy musieli stawić temu czoło.

Po zamachu więcej zaczęto mówić o tzw. „samotnych wilkach”, szaleńcach, których ataki trudno jest przewidzieć. Kilka takich wypadków zdarzyło się ostatnio w USA. To „samotne wilki” są bardziej niebezpieczne niż zorganizowane grupy i ruchy ekstremistyczne?

Jeśli zwrócimy uwagę na brutalność i skalę tego zamachu, wydaje się oczywiste, że bardziej powinniśmy obawiać się „samotnych wilków”. Interakcja z innymi ludźmi zazwyczaj ogranicza skalę ekstremizmu. Jest też szansa, że przebywanie w grupie automatycznie zwiększa zachowania społeczne, chociażby empatię. Breivik nie miał w swoim otoczeniu nikogo, kto mógłby wpłynąć na jego decyzję i namówić do zmiany planów.

Czy po ataku Breivika i jego głośnym procesie staliście się bardziej czy mniej tolerancyjni jako społeczeństwo?

To skomplikowane. My, Norwegowie, nigdy tak naprawdę nie byliśmy szczególnie tolerancyjni. Jak większość społeczeństw rolniczych w naszą tradycję wpisane była nieufność wobec obcych. Dzisiejsza „poprawność polityczna” to bardzo świeże zjawisko. Dopiero teraz udało nam się dostrzec przepaść dzielącą tych, którzy są zwolennikami zróżnicowanej kulturowo Norwegii, jak i tych, którzy się temu sprzeciwiają.

Ostatnio w dyskursie publicznym pojawiły się ataki na wolność religii. Na przykład coraz więcej jest głosów twierdzących, że muzułmanie nie są w stanie być dobrymi demokratami czy żyć w demokratycznym społeczeństwie.

Często pan argumentuje, że w popularyzacji ekstremistycznych poglądów dużą rolę odgrywa internet.

Rzeczywiście, ideologie szybko rozpowszechniają się przez sieć internetową, a pod ochroną anonimowości negatywne emocje jak nienawiść i pogarda rozsiewają się bardzo skutecznie. W końcu tworzy się siatka kontaktów, która łączy ludzi o podobnych poglądach, zazwyczaj rozrzuconych po całym świecie. To ważne, żeby kwestia anonimowości w internecie została poddana rozsądnej krytyce.

Są jakieś działania państwa, które mogą przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się ekstremizmów? Warto zabraniać głoszenia pewnych ideologii?

Mogłoby to być niezwykle trudne i bardzo niebezpieczne. Oczywiście antysemityzm został zakazany w Niemczech, co jest uzasadnione, biorąc pod uwagę historię XX wieku. Jednak na bardziej ogólnym poziomie nawet niezwykle agresywne ideologie muszą być tolerowane, tak długo, jak nie nawołują do przemocy. Państwo powinno zaś reprezentować obywatelski nacjonalizm. Tak jest na przykład we francuskim republikanizmie, gdzie prawa i obowiązki każdego obywatela – niezależnie od kraju jego pochodzenia – są często i wyraźnie podkreślane. Uważam, że jeśli ludzie czują się częścią całego społeczeństwa, może ono pogodzić spore różnice kulturowe bez utraty własnej jedności.

Odpowiedzią państwa powinno być odebranie narodu ekstremistom. Ważne jest też tworzenie nowych miejsc pracy i polityki integracyjnej tak, żeby dać ludziom, którzy są dziś na marginesie społecznym, poczucie przynależności. Ponieważ w rzeczywistości ekstremizm jest napędzany brakiem współczucia i opieki.

Czy najgorsze dla ludzi nie jest to, że przestają się czuć bezpiecznie? Nigdy nie wiadomo, skąd może przyjść atak…

Jeśli populiści, religijni lub polityczni, przejmą władzę nad dyskursem publicznym, większość ludzi poczuje się zakładnikami ekstremistów. Być może zostaną zmuszeni do stanięcia po jednej lub drugiej stronie barykady. Uproszczone zostaną bardzo skomplikowane problemy. W takiej sytuacji polityczna przemoc może doprowadzić do niebezpieczeństwa z punktu widzenia praw obywatelskich. Tak się stało w Ameryce po 11 września. Powstało społeczeństwo mniej ufne, szpiegowane, a nawet cenzurowane przez swój własny rząd. I może się zdarzyć i tak, że sytuacja powtórzy się również u nas, w krajach europejskich.

tł. Grażyna Grochocka

*Prof. Thomas Hylland Eriksen – antropolog społeczny w Uniwersytecie w Oslo. Autor wielu książek na temat nacjonalizmu i tożsamości narodowej: „Flag, Nation and Identity in Europe and America” (2007), „Ethnicity And Nationalism” (1993/2010)

Tekst opublikowany w Lupie Instytutu “Powrót nacjonalizmu?” w styczniu 2013 r.