Newsletter

Prognozy pod lupą

Jan Gmurczyk, 23.01.2013
W nieznaną przyszłość zawsze patrzymy przez pryzmat znanej przeszłości i założeń, co samo w sobie jest spojrzeniem ułomnym. Prognozy gospodarcze to narzędzia pomocnicze i wskazówki, nie zaś prawda objawiona

W nieznaną przyszłość zawsze patrzymy przez pryzmat znanej przeszłości i założeń, co samo w sobie jest spojrzeniem ułomnym. Prognozy gospodarcze to narzędzia pomocnicze i wskazówki, nie zaś prawda objawiona

Czy najbliższe miesiące przyniosą gospodarce ożywienie? Czy bezrobocie zacznie spadać? Czy nastroje inwestycyjne będą dobre? To tylko kilka z wielu pytań, jakie przyniósł nowy rok. W ślad za nimi nastąpił prawdziwy wysyp prognoz ekonomicznych.

Tu jednak można spytać, na ile w tym roku same prognozy okażą się trafne? Oczywiście, gdybyśmy chcieli odpowiedzieć na tak postawione pytanie, sami musielibyśmy postawić prognozę i chyba żadnych konkretnych ustaleń byśmy tą drogą nie uczynili.

Tak czy inaczej, fenomen prognoz gospodarczych warto wziąć pod lupę. Przypomnijmy, że kształtuje je ekonomia, która de facto bada przeszłość. Na podstawie poczynionych obserwacji formułuje zalecenia optymalnej organizacji życia gospodarczego, jak również stara się przewidywać przyszłość w oparciu o zbudowane modele i przyjęte założenia. Sęk w tym, że spora część tych modeli działa tylko w teorii, a liczne prognozy po prostu się nie spełniają.

Przykładowo, jeszcze w pierwszej połowie roku 2008 mało kto spodziewał się tąpnięcia na rynkach finansowych. Z kolei w roku 2012 dość powszechnie oczekiwano bankructwa Grecji, rozpadu strefy euro i w ogóle „końca świata”. Nic z tych rzeczy. Dziś sytuacja w Eurolandzie stabilizuje się, a giełdy zdobywają kolejne szczyty. Zdaje się, że na przestrzeni ostatnich kilku lat nastroje wielu analityków przeszły od stanu nadmiernej euforii do zbyt głębokiego pesymizmu.

Naturalnie, była przed kryzysem garstka ekspertów, którzy wbrew dobrym nastrojom wieszczyli rychły krach. Gdy rzeczywistość pozytywnie zweryfikowała ich ostrzegawcze słowa, zdobyli nie lada uznanie. Z pewnym przekąsem można jednak powiedzieć, że niektórzy z nich sprawiają wrażenie czarnowidzów z urodzenia, zawsze przeczuwających zapaść. Teraz to ich prognozy się nie sprawdzają, czego dowiodły wydarzenia w minionym roku.

Słowem, skuteczność i powtarzalność w przepowiadaniu gospodarczej przyszłości ciężko uzyskać i utrzymać, nawet gdy do prognozowania zaprzęga się potężne narzędzia analityczne. Czy zatem praca ekonomistów nie jest przypadkiem – o ironio – nieekonomiczna, skoro stosunek nakładów do wyników wypada mizernie? Czy prognozowanie to strata czasu?

Patrząc w przyszłość

Mimo wszystko – nie. Zaawansowana gospodarka prognoz potrzebuje. Podejmując decyzję o zaciągnięciu kredytu, zatrudnieniu nowego pracownika, realizacji inwestycji czy kształcie budżetu państwa po prostu trzeba założyć jakieś scenariusze, najlepiej w oparciu o rzetelną analizę i wszelkie dostępne informacje. To zmniejsza ryzyko i optymalizuje zarządzanie.

Zresztą, każdy człowiek – nawet najbardziej krytyczny wobec przewidywań ekonomistów – sam stawia w życiu codziennym mnóstwo prognoz. Wychodzimy z domu, bo zakładamy, że nikt nas nie okradnie. Podejmujemy studia, bo spodziewamy się po ich ukończeniu jakichś korzyści. Ograniczamy zakupy i oszczędzamy, bo sytuacja na rynku pracy jest trudna i pewność zatrudnienia spada. Owe codzienne przewidywania – tak jak analizy ekonomistów – również bazują na przeszłości (doświadczeniu) i przyjętych założeniach. Niekiedy milczących lub płynących z osobistych przekonań.

Prawda wygląda tak, że prognozy są kosztowne i zawodne, ale to na dziś wszystko, czym dysponuje człowiek, by oswajać nieznaną przyszłość. Czy per saldo nie lepiej kierować się przewidywaniami, z których w jakimś stopniu część się mimo wszystko sprawdza, niż nie zakładać niczego i lękać wszystkiego?

Gdybyśmy nieustannie szykowali się na każde możliwe nieszczęście, zostalibyśmy jako społeczeństwo psychicznie zepchnięci do głębokiej defensywy. Być może zyskalibyśmy wtedy większą stabilność gospodarki, lecz z drugiej strony trudno byłoby o rozwiniętą przedsiębiorczość czy innowacyjność.

Nie zapominajmy przy tym, że w pewnym stopniu przyszłość jest „plastyczna”, tj. daje się kształtować prognozami i oczekiwaniami, zwłaszcza jeśli są one wiarygodne lub przynajmniej dostatecznie rozpowszechnione. Pomyślmy choćby o zjawisku samospełniających się przepowiedni.

Kompasy szczęścia?

Na przekór swym mankamentom prognozy potrafią być zatem pożyteczne i ich odrzucenie byłoby błędem. Z drugiej jednak strony warto też pamiętać, że ekonomia ma potencjał ograniczony. Prognozy to narzędzia pomocnicze i wskazówki, nie zaś prawda objawiona.

Zdaje się, że nie wszyscy są tego świadomi. Czy od ekonomistów nie oczekuje się bowiem powszechnie gotowych odpowiedzi, pełnych precyzyjnych dat i liczb? Czy głębokie rozgoryczenie nietrafionymi przewidywaniami w niektórych przypadkach nie przypomina religijnego rozczarowania?

Tu zahaczamy o znacznie szersze zjawisko, jakim jest wypieranie wartości miękkich i niemierzalnych (np. zaufania, wiary) przez twarde i mierzalne (np. zysk, efektywność). Świat zachodni ma tendencję do przeliczania i przekuwania w produkt wszystkiego, co możliwe. Nawet życie podlega dziś paradygmatowi maksymalizacji konsumpcji w myśl dewiz „wyciskaj każdą minutę jak cytrynę” oraz „kupuję, więc jestem”. Zbiorowy kult świata materialnego powoduje, że ekonomia – która przecież tak naprawdę zajmuje się zarządzaniem materią – urasta do rangi dyscypliny decydującej o odczuciu egzystencjalnego spełnienia szerokich mas społecznych.

To pewnie między innymi dlatego tak wielu ludzi pokłada rozbudowane nadzieje w ekonomii i jej przepowiedniach. Ale w tym momencie prognozy – zwłaszcza dynamiki PKB – to już nie zwykłe narzędzia czy wskazówki, lecz na wpół mistyczne kompasy życiowego szczęścia. Ich wiarygodność i ponętność cementuje fakt, że kult wartości materialnych łączy się z matematyką, naturalizmem oraz kartezjańską wizją świata, a przez to także „naukową wiarą” w możliwość przewidywania i podboju przyszłości za pomocą ludzkiego rozumu.

Zachować zdrowe podejście

Tyle że w nieznaną przyszłość zawsze patrzymy przez pryzmat znanej przeszłości i założeń, co samo w sobie jest spojrzeniem ułomnym. Marek Aureliusz pisał, że to głupota dziwić się oczywistościom, np. że figowiec rodzi figi. Analogicznie, nie dziwmy się, iż przyszłość rodzi niespodzianki i wymyka się prognozom, skoro niewiele o niej wiadomo. Przecież gdyby nie była nieznana, nie staralibyśmy się jej przewidzieć.

Stąd, choć prognozy są bardzo pożyteczne, zachowajmy zdrowe podejście. Otaczanie ich bezkrytyczną wiarą może budzić poczucie fałszywej pewności, za którym w najlepszym razie podąży rozczarowanie, w najgorszym – bolesne zderzenie z twardą rzeczywistością. Mówiąc krótko, również w przypadku prognoz gospodarczych znajdują zastosowanie dwie stare zasady: pokory i umiaru.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk Instytutu Obywatelskiego