Newsletter

Depardieu, albo śmierć frajerom

Aleksander Kaczorowski, 08.01.2013
Wejść do strefy euro i płacić podatki jak Francuzi i Niemcy, korzystając ze wspólnego budżetu? Nie płacić podatków jak Francuzi i Niemcy i nie korzystać ze wspólnego budżetu? A może poprosić o rosyjski paszport?

Gerard skrewił sprawę. A przecież wszystko szło zgodnie z planem. Już cała Europa, co tam Europa – świat cały – użalały się nad biednym Obeliksem, któremu straszny potwór Hollande chce zabrać 75 proc. uczciwie zarobionych pieniędzy. A wszystko tylko dlatego, że ten znakomity aktor nie jest leniem jak niektórzy i bez trudu zarobił w ubiegłym roku ponad milion euro. W dodatku francuski Sąd Najwyższy przyznał mu właśnie rację i uznał wprowadzony przez socjalistycznego prezydenta podatek za niezgodny z prawem.

Świat krezusów odetchnął z ulgą: nie będą musieli uciekać do tej okropnej Belgii, która całkiem legalnie zabrałaby im połowę rocznych dochodów. I nawet rodacy zaczęli im współczuć. No, bo kto to widział, takie podatki? 75 procent? Przecież to czyste złodziejstwo! I byłoby po sprawie, gdyby nie ci Rosjanie, co to wyrwali się z przyznaniem Depardieu obywatelstwa.

Czy ktoś ich o to prosił? A ten też dobry: nie dość, że wygłosił pean na cześć rosyjskiej demokracji, to jeszcze pochwalił się, że jego ojciec głosował na komunistów. A co ma piernik do wiatraka? Czy monsieur Depardieu nie słyszał nigdy o haśle „grab zagrabione”? Bolszewicy, to dopiero byli mistrzowie redystrybucji.

Nawet we Francji rusofilstwo Depardieu wywołało dość powszechne odruchy wymiotne. Filozof Andre Glucksmann wypomniał mu przy okazji komitywę z Władimirem Putinem i Ramzanem Kadyrowem, promoskiewskim satrapą Czeczenii. A czy ktoś jeszcze pamięta, że to właśnie nasz ulubieniec wziął udział w kampanii wyborczej Vladimira Meciara w 1998 roku? Vaclav Havel wspomniał o tym rozmowie, jaką przeprowadziliśmy z nim niedługo później wraz z Adamem Michnikiem.

Ważyły się losy Słowacji; większość obserwatorów obawiała się, że Meciar nie odda władzy po dobremu i będzie się starał ocalić swój „(…) dziwaczny półautorytarny reżim o bardzo dwuznacznej orientacji w polityce zagranicznej. Reżim przypominający peronizm… sam nie wiem, z czym go porównać – mówił Havel. – Meciar w znacznym stopniu podporządkował sobie sądownictwo, władzę wykonawczą i ustawodawczą, sfery gospodarcze i media. W kampanii wyborczej ozdobił się sławnymi ludźmi jak Gerard Depardieu…”.

Michnik wtrącił: „Depardieu oszalał”.

Na co Havel przytomnie odparł: „Nie, on może nawet nie wie, gdzie leży ta Słowacja. Wie tylko, że za jeden dzień dostał tam tyle, ile normalnie zarabia przez tydzień”.

Casus Depardieu ma tę zaletę, że przypomniał niezorientowanym, skąd właściwie we współczesnym świecie biorą się wielkie fortuny. No, z ciężkiej pracy, to jasne. A dlaczego w takim razie zły Hollande postanowił ukarać najpracowitszych rodaków? Zapytaliśmy o to, na łamach kwartalnika „Aspen Review Central Europe” autora tego pomysłu, francuskiego ekonomistę Thomasa Piketty’ego. Przypomniał w rozmowie z Maciejem Nowickim kilka ciekawych faktów, dotyczących nie tylko Francji, ale całego świata rozwiniętego, który obecnie przeżywa „kryzys”.

Po pierwsze, w czasach Balzaca dochody z kapitału finansowego i z nieruchomości wynosiły 35 proc. do 40 proc. dochodu narodowego. Po wojnie 10 proc. Dziś sytuują się między 25 proc. a 30 proc. A zatem wracamy do realiów XIX-wiecznego kapitalizmu. W latach 50-tych ubiegłego wieku fortuny dziedziczone przez Francuzów miały wartość rocznego PKB. Dziś jest to sześć francuskich PKB – tyle samo, co na początku XX wieku.

Po drugie, w czasach powojennej odbudowy wzrost gospodarczy wynosił 5-6 proc. Dziś powrócił do historycznej normy, która wynosi 1-2 proc., podczas gdy zyski z kapitału – między 4 a 5 proc. Krótko mówiąc, kapitał dziedziczony liczy się znacznie bardziej w sytuacji, gdy wzrost gospodarczy jest anemiczny – czyli normalny. Na poziomie światowym fortuna milionerów wzrasta o 6-7 proc. rocznie. Jeśli zderzymy to z 1 proc. wzrostem gospodarczym, to staje się jasne, ku czemu zmierzamy. Rodzą się dwie klasy – ta, która dziedziczy, i ta, która nie dziedziczy czegokolwiek.

Po trzecie, od czasów Margaret Thatcher i Ronalda Reagana przekonuje się nas, że niskie podatki dla najbogatszych mają zbawienny wpływ na gospodarkę. Tymczasem statystyki jasno wykazują, że obniżanie podatków dla najbogatszych w żaden sposób nie sprzyja wzrostowi gospodarczemu. Od lat 70-tych ubiegłego wieku USA czy Wielka Brytania, które zmniejszyły te podatki, wcale nie rozwijały się szybciej niż Niemcy czy Dania.

Po czwarte, mamy dziś do czynienia z radykalnym zakwestionowaniem ideału merytokracji, na którym ufundowane są nasze społeczeństwa. Niewidzialna ręka rynku działa w odniesieniu do niemal wszystkich z nas, z wyjątkiem górnego 1 proc., który bierze sobie z kasy, ile chce. Specyfika górnego 1 proc. polega na tym, że wszelkie zasady konkurencji zostały tutaj zawieszone. Prezesi wielkich firm to ludzie, którzy bardzo często sami wyznaczają sobie pensje. Od początku lat 90-tych realne płace 99 proc. pracowników w krajach rozwiniętych praktycznie stoją w miejscu. A płace 1 proc. szybują w górę.

W pierwszej dekadzie XXI wieku w USA 3/4 wzrostu płac dostało się w ręce 1 proc. najbogatszych. W latach 2002–07 dochody 0,1 najbogatszych wzrosły o 95 proc.! W efekcie obserwujemy tam proces przechwytywania polityki przez najbogatszych. Demokracja zaczyna ustępować miejsca plutokracji. Amerykański Kongres to nawet nie jest górne 1 proc., to raczej górne 0,1 proc. To są ludzie, którzy nie mają nic wspólnego z resztą kraju. A połowa wyborców nie głosuje i w większości są to biedni ludzie.

Po piąte, największym problemem, z jakim musimy się zmierzyć, nie są Chiny, tylko raje podatkowe. Nie mamy nad nimi żadnej kontroli. Zarządzają aktywami w niewyobrażalnej wysokości 10 tys. miliardów dolarów. Gdy pojawia się jakiś toksyczny produkt spożywczy, natychmiast wycofuje się go z obiegu. Tymczasem toksyczne produkty finansowe mogą sobie krążyć po świecie do woli. Raje podatkowe – jak Szwajcaria czy wyspa Jersey – nie mają nic wspólnego z ekonomią rynkową. To firmy żyjące ze zorganizowanej kradzieży, łupienia bazy podatkowej sąsiada. Trzeba więc potraktować je jak złodziei.

Po szóste, Europa jest najbogatszą strefą ekonomiczną świata. Majątek prywatny Europejczyków jest dwadzieścia razy wyższy od chińskich rezerw walutowych i pięciokrotnie wyższy od długu publicznego wszystkich państw UE. Mamy pod dostatkiem środków, aby rozwiązać wszystkie problemy.

Po siódme, potrzebujemy ujednolicenia regulacji fiskalnych na poziomie europejskim.
Oczywiście, gdyby w całej Unii Europejskiej wprowadzić jednolite stawki podatkowe, zapewne i u nas znalazłby się jakiś pożyteczny idiota, który ściągnąłby na siebie uwagę mediów, niby to broniąc przed fiskusem swoich zarobków, a tak naprawdę walcząc o zachowanie przywilejów najbogatszych. Jednolite rozwiązania fiskalne są jednak nieuniknione, oczywiście nie w całej UE, tylko w strefie euro. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Na dłuższą metę mamy więc dwa wyjścia: możemy wejść do strefy euro i płacić podatki jak Francuzi i Niemcy, korzystając ze wspólnego budżetu. Albo możemy zostać poza strefą euro, nie płacić podatków jak Francuzi i Niemcy, i nie korzystać ze wspólnego budżetu. Aha, jest jeszcze trzecie wyjście: można poprosić o rosyjski paszport.