Newsletter

Odkrywając minimalizm

Orest Tabaka, 18.07.2013
Nadmiar przedmiotów w wielu przypadkach nas ogranicza. Staje się garbem, a nie wsparciem

Nadmiar przedmiotów w wielu przypadkach nas ogranicza. Staje się garbem, a nie wsparciem – mówi Orest Tabaka w rozmowie z Janem Gmurczykiem

Jan Gmurczyk: Jesteś minimalistą. Co to znaczy?

Orest Tabaka: Minimalizm polega na tym, aby zredukować ilość posiadanych rzeczy do takiej, która wspiera nasz styl życia, a nie obciąża. Przykładowo, zamiast całej szafy ubrań, z których i tak w większości nie korzystamy, mamy tylko te naprawdę nam potrzebne. W moim wypadku to dwie pary spodni, dwie bluzy, trzy koszulki i garść bielizny.

Ale minimalizm nie musi kończyć się na przedmiotach. U mnie rozciąga się także na obowiązki i zadania. Zakupy spożywcze robię raz w tygodniu. Podejmuję tylko te projekty i zlecenia, które są ciekawe i dają mi najwięcej korzyści, zarówno finansowych, jak i frajdy. W ten sposób pozostaje mi bardzo dużo czasu i energii na kontakt z bliskimi, spotkania z różnymi ludźmi oraz ciekawe aktywności, np. wyjazdy, hobby, bieganie. Jestem we współczesnym świecie jedną z tych nielicznych osób, która ma nadmiar czasu do zagospodarowania na sprawy i osoby ważne. To właśnie daje minimalizm.

Rzeczy zewnętrzne nas zniewalają, ograniczają?

W dużej mierze tak. Po pierwsze, zakup każdej rzeczy wiąże się z wydatkiem pieniędzy, a te wpierw trzeba zarobić, często poświęcając wiele godzin na nielubianą pracę. W efekcie męczymy się i stajemy swego rodzaju niewolnikami. Po drugie, wydatki w większości stawiają nas przed dylematami w stylu „zakup nowego telewizora albo wyjazd na rodzinne wakacje”. Po trzecie, mając wiele rzeczy w domu – nierzadko w ogóle nieużywanych – zmniejszamy własną mobilność. Trudniej się przeprowadzić lub gdzieś wyjechać. Mało tego, cały ten stos rzeczy pochłania mnóstwo energii fizycznej i psychicznej na utrzymanie wszystkiego w jakimś ładzie. Nadmiar przedmiotów w wielu przypadkach nas ogranicza. Staje się garbem, a nie wsparciem.

Kiedy zdecydowałeś się zostać minimalistą? Był jakiś moment przełomowy, czy może już od najmłodszych lat wiedziałeś, że w życiu niewiele potrzeba do szczęścia?

Z twierdzeniem, że w życiu niewiele do szczęścia potrzeba, różnie bywa. Jeśli mówimy o przedmiotach, to faktycznie tak jest, ale już bez aktywności, wyjazdów i bliskości ważnych osób ciężko mówić o szczęściu.

W moim sposobie myślenia moment na małą rewolucję przyszedł trzy albo cztery lata temu, po lekturze pewnego wpisu na zagranicznym blogu i książce „The Power of Less” autorstwa Leo Babauta. Wtedy wpadł mi do głowy pomysł radykalnego uporządkowania moich rzeczy. Uznałem, że absolutnie wszystko wyrzucam i dopiero potem wybieram to, co aktualnie używam i w najbliższej przyszłości będzie mi potrzebne. Została garść ubrań, dokumenty, telefon, aparat, laptop i kilka drobniejszy rzeczy. Reszta automatycznie musiała zniknąć.

Czym się zajmujesz zawodowo i jak dużo pracujesz?

Ciężko mówić tu o zawodzie, bo robię różne rzeczy, za które mi płacą: fotografuję, angażuję się w animacje artystyczne, uczestniczę w roli konsultanta w akcjach wspierających rozwój ludzi i biznesu. Rocznie takich dni jest od kilkunastu do kilkudziesięciu. W bieżącym roku było ich ok. czterdzieści. Nie mówiłbym tu jednak o pracy. To wszystko są zajęcia, które często podejmuję nawet, gdy nie ma mowy o pieniądzach.

A jak wygląda Twój typowy dzień? Czy w ogóle „typowe dni” się w Twoim życiu zdarzają?

Faktycznie, ciężko mówić o typowych dniach, ale mogę je dla uproszczenia podzielić na te „w domu”, „w podróży” i „zadaniowe”. Dni w domu wyglądają tak, że budzik nie istnieje. Dopiero po godzinie 12 czy 14 wybieram się z kimś bliskim na spacer. Po obiedzie przychodzi czas na różne zajęcia, czy to sportowe, jak rower i bieganie, czy artystyczne. Chodzę na szczudłach, trochę tańczyłem, liznąłem też zajęć teatralnych. Dzień kończę w bliskim gronie, zwlekając z pójściem spać do godzin mocno nieprzyzwoitych.

Dni podróżnicze to eskapady w różne zakątki Ziemi. Chcę być w wielu miejscach, zobaczyć dużo, poczuć atmosferę okolicy. Z kolei dni zadaniowe to maraton z niedosypianiem i niedojadaniem, zarówno gdy realizuję zlecenia i projekty, jak i misje, które sam sobie stawiam. Wtedy budzik wyrywa mnie wcześnie rano z łóżka, jem szybkie śniadanie, wsiadam w pociąg lub auto i „należę” w stu procentach do osoby, która mnie „zatrudniła”. Często działam konsultacyjnie lub artystycznie przez kilkanaście godzin bez wytchnienia.

Bardzo dbam przy tym o to, by przeplatać te różne rodzaje dni. Po dwóch lub trzech bardzo aktywnych dobach nadchodzi dzień totalnego luzu. Co jakiś czas podejmuję także krótszy lub dłuższy wyjazd dla złapania świeżości i nowej perspektywy. Ale między tym wszystkim zawsze jest czas na osoby mi bliskie.

Czy coś Cię dziwi w podejściu do życia, które wyznają inni ludzie?

Często u innych dziwi mnie zbyt duża pokora. Mówię tu o pokorze typu „tak już musi być, tak ten świat działa”. To bardzo smutne podejście. Szczególnie, gdy ktoś jest zdrowy na ciele i umyśle, a sam odrzuca wiele możliwości, jakie świat mu oferuje.

Jestem zwolennikiem szukania sposobu, jak zdobyć od życia to, czego chcę. Choć nie zawsze mi się to udaje, w wielu przypadkach odnoszę sukces. Stąd też tak bardzo lgnę do osób niepokornych, ludzi czynu i tych, co chcą znaleźć receptę na zmianę w swoim życiu.

W naszym społeczeństwie ciągle do czegoś dążymy, coś planujemy. Czy nie jest przypadkiem tak, że żyjemy przez to za bardzo w przyszłości, a za mało w teraźniejszości?

Dokładnie! Dodam do tego, że wciąż zbyt wiele osób żyje w przeszłości, rozpamiętując to, co było. Obydwa podejścia zabijają radość z życia tu i teraz. Oczywiście, warto pamiętać o przeszłych radościach i lekcjach z niepowodzeń, ale idealne połączenie to życie na styku teraźniejszości i przyszłości. Żyć dzisiaj, a jednocześnie szturchać życie tak, aby w niedalekiej przyszłości ułożyło się ono po naszej myśli.

To nie musi oczywiście oznaczać, że ostatecznie ułoży się tak, jak chcemy. Życie potrafi mile zaskakiwać i obdarowywać nas „prezentami” w postaci różnych ciekawych ścieżek i okazji, jak również stawiać na naszej drodze osoby, które w pozytywny sposób wywracają nasz świat do góry nogami. Na to też warto być przygotowanym.

Lada chwila święta Bożego Narodzenia, przez wielu kojarzone przede wszystkim z prezentami. A Tobie z czym się kojarzą?

W dużej mierze z przykrym obowiązkiem. Z przymusem ich przygotowania, obkupienia się w prezenty i wizytami rodzinnymi, na które często nie mamy ochoty. Chyba za dużo w tym „musimy”, a za mało faktycznie „chcemy”. Sam od kilku lat uciekam od tego całego gwaru. Spędzam końcówkę grudnia tak, jak ja chcę – czy to za granicą, czy na długim spacerze, obserwując w Wigilię opustoszałe rynki miast. I tylko wśród osób, z którymi chcę być.

Prezenty, zwłaszcza te drogie i sztampowe, to substytut naszego oddania drugiej osobie. Zamiast dawać prezent fizyczny i szykować kilogramy jedzenia, lepiej upiec ciasto, złapać butelkę dobrego wina, paczkę kawy i odwiedzić naszych bliskich. Wówczas możemy nacieszyć się tym, że są z nami. Porozmawiać o tym, co słychać u nas, a nie w polityce, gospodarce czy u celebrytów ze szklanego ekranu.

Zamiast przywiązywać się do stołu, objadać i udawać radość z nietrafionego prezentu, warto wspólnie wyjść na spacer, ulepić bałwana albo wyjechać na wycieczkę. Wiem, że sporo osób jest już tego świadoma, ale wciąż zbyt wielu ludzi spala się w wirze przygotowań do świąt i czyści swoje kieszenie myśląc, że rzeczami i zastawionym stołem zastąpią głęboki kontakt z drugim człowiekiem.

*Orest Tabaka – minimalista, podróżnik, konsultant i animator artystyczny.

Tekst opublikowany w Lupie Instytutu “Co jest w życiu najważniejsze?” w grudniu 2012 r.