Newsletter

Europa w „Jądrze Ciemności”

George Roberts, 14.12.2012
Unia raz już wkroczyła do środkowoafrykańskich lasów deszczowych. Wystarczyłoby podążyć za pozostawionymi wcześniej śladami

20 listopada 2012 banda kilku tysięcy uzbrojonych rebeliantów z ruchu 23 Marca (M23) wkroczyła do śródmieścia Gomy, znajdującej się we wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga. Ich motywy i cel do dziś pozostają niejasne. Przywódcy grupy twierdzą, że rząd złamał porozumienia pokojowe podpisane w 2009 roku, na mocy którego M23 zgodziła się zakończyć rebelię i przekształcić się w partię polityczną. Ostatnie wydarzenia mogą jednak oznaczać koniec snucia takich planów.

Z pewnością na decyzję rebeliantów wpłynął apel prezydenta Josepha Kabili o aresztowanie i postawienie przed sądem wojennym przywódcy M23, generała Bosco Ntaganda, zwanego „Terminatorem”. Resztą grupy może zwyczajnie powodować pusty żołądek. Jakiekolwiek powody kryją się za rebelią, zmusiły one setki tysięcy niewinnych Kongijczyków do opuszczenia swoich domów.

Wojna domowa wybuchła w Demokratycznej Republice Konga w 1996 roku, kiedy Laurent Kabila – ojciec obecnego prezydenta – rozpoczął podobną rebelię na wschodniej granicy kraju, znikając w lesie tropikalnym i wynurzając się kilka miesięcy później na obrzeżach Kinszasy. Obalił Mobutu Sese Seko, od 1965 roku „kleptokratycznego” przywódcę państwa. Nie był jednak w stanie zapewnić pokoju.

Przemoc stała się we wschodnim Kongu codziennością. Określany mianem „wielkiej wojny afrykańskiej” i „afrykańskiej wojny światowej” konflikt osiągnął punkt krytyczny w latach 1998-99. Włączyło się do niego wówczas dziewięć państw skuszonych bogatymi zasobami mineralnymi Konga i chęcią rozliczenia od dawna ciągnących się konfliktów z sąsiadami. Rwanda i Uganda spłynęły krwią.

Gdzie w tym wszystkim jest jednak rola Europy? Zaangażowanie Unii Europejskiej w Kongu to jeden z niewielu przykładów siły działania w obszarze Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa powołanej na mocy Traktatu z Maastricht z 1992 roku. W ramach akcji militarnej w głąb kraju zostało wysłanych pięć misji pokojowych UE, w tym Operacja Artemida w 2003, pierwsza samodzielna misja wojskowa Unii poza Europą. Po niej zorganizowano szereg następnych: EUPOL Kinszasa i EUFOR RD Congo. Nadzorowały one przebieg pierwszych od 45 lat demokratycznych wyborów w DRK. Obecnie trwająca misja policyjna EUPOL RD Congo wspiera władze w przeprowadzaniu reform w systemie bezpieczeństwa i wymiarze sprawiedliwości. Kolejna misja UE, o trochę mniejszej skali, to EUSEC, wpierająca reformy w armii DRK, działająca głownie poza Kinszasą.

Kongo to archetyp afrykańskiego kryzysu z całą paletą łamanych praw człowieka. Udział w walkach dzieci-żołnierzy, przestępstwa seksualne, okaleczenia, stały się czymś tak powszechnym, że niektórzy dziennikarze wspominają o nich jedynie w przypisach. Ten konflikt stanowił jednak okazję dla Unii Europejskiej do zademonstrowania swojego zaangażowania w procesy pokojowe na świecie, mimo to, że przeprowadzone misje koncentrowały się głównie na stolicy Konga.

Prawie dziesięć lat po Artemidzie, Unia Europejska i europejscy liderzy niemal milczą w sprawie Konga, ograniczając się do okazjonalnych apeli o pokój w regionie. Jest niemal pewne, że M23 dostaje pośrednie wsparcie ze strony Rwandy i Ugandy, mimo, że oba kraje oficjalnie zaprzeczają takim doniesieniom. Te dwa kraje włączyły się do pierwszej fali walk w 1996 roku, przy okazji przeczesując kongijskie lasy deszczowe i wydobywając diamenty i złoto wzdłuż granicy. Zyski płynęły prosto do kieszeni ich przywódców.

Wojna stała się dochodowym biznesem. Tylko w pierwszych latach konfliktu ugandyjski eksport diamentów wzrósł o 900 procent. Dla jasności, Uganda nigdy nie miała żadnych złóż diamentów.

Zachodni przywódcy są ostrożni w krytykowaniu Rwandy i Ugandy. Prezydenci tych krajów, Paul Kagame i Yoweri Musevini, doszli do władzy po długotrwałych wojnach etnicznych. Kagame objął przywództwo w Rwandzie po ludobójstwie z 1994 roku. Obaj rozpoczęli reformy wolnorynkowe. Musevini stał się czołowym przedstawicielem afrykańskiej walki z HIV. Nastąpił napływ pomoc z zagranicy. Jednak powoli zaczęto zdawać sobie sprawę, że demokracja okazała się tylko pustą obietnicą, a wolności obywatelskie są naruszane. Nie zapowiada się, by któryś z przywódców w najbliższej przyszłości oddał władzę bez walki.

Po udzieleniu Rwandzie i Ugandzie dużych sum pomocowych europejscy liderzy nie mogli zmienić kursu o 180 stopni i zacząć otwarcie krytykować oba kraje. Kagame mógł sobie wcześniej na wiele pozwolić, przypominając światu o tym, jak ten odwrócił wzrok od ludobójstwa w Rwandzie w 1994 r., bezczynnie obserwując jego eskalację. Prezydent Francji Nicolas Sarkozy podczas wizyty w Kigali w 2010 roku publicznie przyznał się do porażki swego kraju na tym polu. Czy teraz, niemal 20 lat po wydarzeniach z 1994 r., to poczucie winy nie powinno już mieć takiego wpływu na politykę Europy wobec Kigali?

Podczas gdy relacje Europy z Rwandą nie są już przysłonięte tym konfliktem moralnym, inaczej sprawy wyglądają z Ugandą. Musveni zbudował dobrą pozycję negocjacyjną ze Stanami Zjednoczonymi. Stało się to po zaangażowaniu jego sił militarnych w Somalii w ramach Unii Afrykańskiej do walki z islamskimi fundamentalistami Al Shababa – jednym z kluczowych punktów na waszyngtońskiej liście „walki z terrorem”. Konflikty w tych dwóch krajach afrykańskich znalazły wspólny mianownik 2 listopada, gdy Kampala ogłosiła wycofanie wojsk z Somalii po tym, jak w jednym z raportów ONZ oskarżono Ugandę o zbrojenie kongijskich rebeliantów.

Pomoc z Europy wciąż płynie wartkim strumieniem. Po kontrowersyjnej decyzji udzielenia w lipcu Rwandzie wsparcia w wysokości 10 milionów euro Wielka Brytania na razie odpowiada wymijająco na pytania o ewentualną dalszą pomoc, szczególnie po ostatnich doniesieniach o zajęciu Gomy przez rebeliantów z M23. W maju Unia Europejska przekazała do Kigali 89 milionów euro. Oczywiście kwestie pomocy humanitarnej i rozwojowej nie są tu bez znaczenia. Jednak trzeba postawić granicę, poza którą rządy w Rwandzie i Ugandzie nie będą mogły dalej bezkarnie tłamsić demokratycznych ruchów własnej ludności, jednocześnie podsycając wojnę w Kongu.

Z perspektywy Brukseli udział Unii w zażegnaniu konfliktu w Kongu byłby okazją do zademonstrowania zaangażowania w walkę o przestrzeganie praw człowieka i przywrócenie pokoju. Po inwazji na Irak w 2003, która podzieliła kraje Unii, w ramach Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa odnotowano niewiele działań. Biorąc pod uwagę obecny kryzys ekonomiczny, nie można oczywiście wymagać od europejskich rządów militarnego zaangażowania w Kongu. Zmiana polityki wobec Rwandy i Ugandy, których działalność w Kongu nie została oficjalnie skrytykowana i których skorumpowane rządy wciąż otrzymują pokaźną pomoc, byłaby pierwszym krokiem ku nadaniu jednolitego kursu europejskiej polityce zagranicznej.

Unia raz już wkroczyła do środkowoafrykańskich lasów deszczowych. Wystarczyłoby podążyć za pozostawionymi wcześniej śladami. To byłaby dobra okazja do uwiarygodniania działań Unii w ramach Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa.

*George Roberts – absolwent studiów licencjackich na kierunku historia Uniwersytetu Cambridge. Student Kolegium Europejskiego w Natolinie. Interesuje się Środkową i Wschodnią Afryką.

tł. Paulina Bakuła

Tekst jest dostępny również w języku angielskim