Newsletter

Nie żyjemy w liberalnym raju

Agata Bielik-Robson, 24.06.2011
Dla lewicy liberałem będzie na przykład wyłącznie neoliberał, czyli ktoś, kto opowiada się za całkowitą wolnością gospodarczą. (...) Dla prawicy natomiast liberał to wyzuty z wszelkich wyższych wartości hedonista i libertarianin.

O tym, dlaczego warto wierzyć w liberalizm, o jego ideałach, utopiach i konflikcie z katolicyzmem oraz o tym, dlaczego nigdy nie zakorzenił się w Polsce – mówi filozof, prof. Agata Bielik–Robson.

Wywiad jest fragmentem rozmowy, która ukazała się w miesięczniku „Przegląd Polityczny” (nr 105/2011) jako część debaty polskich intelektualistów na temat liberalizmu: „Liberalizm strachu i strach przed liberalizmem”.

Jarosław Makowski: Należy pani profesor do rzadkiego w Polsce gatunku – z jednej strony kobieta, z drugiej liberałka. Dlaczego pani profesor broni liberalizmu, choć to ani opłacalne, ani modne?

Agata Bielik-Robson: Trzeba, rzecz jasna, zastanowić się, co znaczy słowo „liberalizm”. Na jego temat krąży w Polsce tyle interpretacji, że nie można powiedzieć: „jestem liberałem”, i na tym skończyć. U nas nie ma dobrze definiowanej postawy liberalnej. Mamy tylko pewne widma, które się zań podają – albo też są uznawane za liberalizm wyłącznie przez jego przeciwników.

A zatem liberalizm ma u nas nie tyle przedstawicieli, co wrogów, którzy przyprawiają mu rozmaite gęby?

Dla lewicy liberałem będzie na przykład wyłącznie neoliberał, czyli ktoś, kto opowiada się za całkowitą wolnością gospodarczą. Z tym wiążą się i inne pojęcia, jak uwolnienie ekonomii spod jakiejkolwiek kontroli władzy państwowej i demontaż państwa narodowego. Muszę powiedzieć, że z takim rozumieniem liberalizmu mam niewiele wspólnego (choć nie mam nic przeciw demontażowi państwa narodowego, ale to z innych powodów).

Dla prawicy natomiast liberał to wyzuty z wszelkich wyższych wartości hedonista i libertarianin. To egoista, który nie dba o dobro wspólne. Interesuje go wyłącznie przyziemnie pojęte zadowolenie. W perspektywie prawicy, która lubi uderzać w patetyczne tony, mówiąc o samopoświęceniu się dla całości, liberał jest utożsamieniem tego, co zwierzęce i pogardy godne w człowieku. To zupełnie tak, jak PiS sobie wyobraża PO, widząc tylko małych, pogardy godnych mafiosów, co to stracili z oczu wielką sprawę, jaką jest Polska, która, jak wiadomo, „jest najważniejsza”.

Mamy więc do czynienia ze Scyllą i Harybdą dwóch powszechnych projekcji. Z jednej strony neoliberalizm jako powrót do ekonomicznego stanu natury – z drugiej liberalizm jako łatwizna egzystencjalna.

A jak pani rozumie zatem liberalizm, którego chce bronić?

To przede wszystkim koncepcja cywilizacyjna, w której zawiera się to, co najcenniejsze w tradycji zachodniej Europy. Jest to koncepcja głęboko moralna i humanistyczna, a w tym sensie różna od neoliberalizmu, który całkowicie pozbywa się czynnika ludzkiego na rzecz quasi-matemetycznych kalkulacji i każe nam wracać do świata przyrody. W myśli neoliberalnej system gospodarczy pojmowany jest jak system naturalny; jako druga natura, a nie świat ludzki, gdzie element humanistyczny odgrywałby jakakolwiek rolę. I ja takiej koncepcji mówię stanowcze „nie”.

Jest jeszcze trzecia siła, która z liberałów uczyniła sobie chłopca do bicia. To oczywiście Kościół. Kiedyś straszono nas Żydami, później cyklistami, a teraz straszy się liberałami. Sedno kościelnej argumentacji kryje się w tym, że jeśli władzę oddamy liberałom, to zafundują nam „cywilizację śmierci”.

Bez dwóch zdań. Mówiąc o prawicy, myślałam też o Kościele. Ostatecznie nie ma między nimi wielkiej różnicy, a przytoczony przez pana argument z tzw. „cywilizacji śmierci” jest fundamentem całego tego obozu kościelno-narodowo-prawicowego. To Janowi Pawłowi II zawdzięczamy ten szczególnie „trafny termin” opisujący zachodnią cywilizację. Przyznam, że sama nigdy nie mogłam zrozumieć, co kryje się za tym zwrotem. To jedna z najdziwniejszych operacji, jakiej można dokonać na ludzkim rozumie i języku. Nie pojmuję jak cywilizację, w której jednostka otoczona jest taka dużą prawną ochroną, gdzie działają niemal doskonałe demokratyczne mechanizmy opieki i kontroli, można nazwać „cywilizacją śmierci”. Za cywilizację życia uznaje się za to tę, gdzie rodzą się dzieci, bo nie ma środków na aborcję, a później te dzieci umierają z głodu po dwóch miesiącach. „Cywilizacja życia” to ta, gdzie dwunastoletnie dzieci posyłane są do walki, by umierać za swoje plemię czy naród. I to są te wspaniałe „cywilizacje życia”? To wobec nich nasza, zachodnia cywilizacja wypada tak fatalnie? Tylko dlatego, że w ramach poszerzania swobód jednostkowych zastanawia się nad prawem wyboru i prawem do godnej śmierci? Wolę nie wnikać w racjonalność tego pojęcia, bo odsłaniają się dla mnie, w łonie mojego własnego społeczeństwa, jakieś otchłanie obcości. Jeśli już jakaś cywilizacja jest cywilizacją życia, to właśnie cywilizacja zachodnia, a zwłaszcza europejska, która stanowi ostatnią enklawę socjaldemokratycznej utopii, gdzie wyważa się proporcję pomiędzy jednostką, a wspólnotą i gdzie państwa nie istnieją same dla siebie.

Dlatego też, jako liberałce właśnie, bardzo nie podoba mi się ostatnie hasło prawicy: „Polska jest najważniejsza”. Obrazuje skrajnie nieliberalne podejście do jednostki, od której zawsze oczekuje się służby i poddaństwa. Tymczasem cała liberalna tradycja zachodnia, niesprawiedliwie określana mianem cywilizacji śmierci, zbudowana jest dla dobra jednostki. Tam państwo służy jednostce. To ona jest tym pączkiem w maśle, który może żądać poświęceń dla siebie. I bardzo dobrze.

I jeśli istnieje jakieś spełnienie myśli liberalnej, która odkryła jednostkę i uczyniła z niej centrum zainteresowania, to jest nim Unia Europejska. (…)

Czytaj całość

Źródło: www.polityka.pl