Newsletter

Czekając na ożywienie

Jan Gmurczyk, 14.12.2012
Kibicowanie statystykom PKB to za mało. Zadbajmy o to, byśmy z kryzysu wyszli nie tylko obronną ręką, ale także z lepszymi widokami na przyszłość

Kibicowanie statystykom PKB to za mało. Zadbajmy o to, byśmy z kryzysu wyszli nie tylko obronną ręką, ale także z lepszymi widokami na przyszłość

Na warszawskiej giełdzie indeksy zdobywają kolejne szczyty i głośno mówi się już o hossie. Między 2 stycznia a 12 grudnia 2012 roku WIG urósł o blisko 22 proc., a WIG20 o ok. 15 proc. Główne indeksy światowe w ostatnich kwartałach także sporo zyskały. Czy to znak, że nadciąga ożywienie koniunktury, a rynek kapitałowy z wyprzedzeniem dyskontuje pozytywne wieści, które lada chwila nadejdą?

Trudno powiedzieć, choć coraz odważniej mówi się o tym, że statystyki wzrostu gospodarczego poprawią się w drugiej połowie 2013 roku. Ważnym czynnikiem sprzyjającym optymizmowi jest przy tym uspokojenie sytuacji w Eurolandzie.

Paliwa do giełdowych wzrostów nie brakuje, bo po świecie krąży mnóstwo kapitału, który szuka dogodnej przystani. Zwłaszcza że wielkie zasoby pieniądza wtłoczone w system przez główne banki centralne świata osiadły w sporej mierze w sektorze finansowym, nie przedostając się do gospodarki. Stąd można postawić dziś tezę, że gdy nastroje się poprawiają, a realna stopa zwrotu z obligacji skarbowych wiarygodnych państw oscyluje wokół zera, atrakcyjność rynku akcji rośnie, nawet jeśli sytuacja makroekonomiczna tego jednoznacznie nie uzasadnia.

Oczywiście, wciąż wielką niewiadomą pozostaje, czy Stanom Zjednoczonym uda się uniknąć tzw. klifu fiskalnego. Jeśli partie demokratów i republikanów szybko nie dojdą do porozumienia w jaki sposób zaradzić sytuacji, z początkiem nowego roku amerykańskie prawo bezwzględnie zażąda redukcji deficytu budżetowego USA.

Taki rozwój wypadków oznaczałby spore podwyżki podatków oraz rozległe cięcia wydatków publicznych, co w efekcie zapewne przełożyłoby się na recesję w Ameryce. Ta rykoszetem uderzyłaby w resztę świata, w tym w Europę i Polskę, grzebiąc nadzieje na rychłą poprawę koniunktury. Jak jednak widać, póki co gracze giełdowi tym zagrożeniem niespecjalnie się przejmują.

Problemy strukturalne

Tak czy inaczej, zanim ożywienie zagości w domu statystycznego Kowalskiego i bezrobocie zacznie spadać, trzeba będzie jeszcze poczekać. Niewykluczone, że do 2014 roku albo i dłużej. Nawet jeśli widmo klifu fiskalnego zniknie, a prognozy się sprawdzą i w przyszłym roku czeka nas poprawa wskaźników ekonomicznych, gospodarka raczej nie skoczy jak koń z kopyta. Sęk bowiem w tym, że w obecnej sytuacji wiele państw rozwiniętych boryka się z dotkliwymi trudnościami strukturalnymi.

Wystarczy wymienić choćby skalę zadłużenia publicznego zachodniego świata. Szereg państw – z własnej inicjatywy lub pod pręgierzem rynków finansowych – prowadzi obecnie proces delewarowania, czyli powoli rozmontowuje zgromadzony przez lata stos długów. Osłabia to dynamikę gospodarki zarówno europejskiej, jak i światowej.

Nie zapominajmy także o problemie starzejącego się społeczeństwa i bezrobociu młodzieży w Europie. Dane Eurostatu wskazują, że w październiku br. już ponad 23 proc. obywateli UE w wieku od 15 do 24 lat nie mogło znaleźć zatrudnienia.

Mieszanka tych trzech zjawisk – zadłużenia publicznego, starzejącego się społeczeństwa oraz bezrobocia młodych – osłabia popyt konsumpcyjny sektora prywatnego. Dalej: ogranicza inwestycje, wprowadza dodatkowy element niepewności oraz wzmaga presję na już pękające w szwach budżety narodowe. Stanowi zarazem „wielki granat z wyciągniętą zawleczką”, bo jeśli powyższe problemy nie zostaną usunięte, to w najlepszym razie zdolność systemu ekonomicznego do osiągania wzrostu w długim okresie zostanie upośledzona. W najgorszym zaś czeka nas prędzej czy później krach finansów publicznych i załamanie całego systemu gospodarczego. Czyli kryzys przez wielkie „K”, przy którym obecna sytuacja to sympatyczny piknik.

Ciężkie czasy

A przecież dziś i tak już łatwo nie jest. W Polsce PKB nadal lekko wzrasta, ale stopa bezrobocia rejestrowanego podawana przez GUS od czterech lat wykazuje trend rosnący i zapewne w najbliższych miesiącach zbliży się do poziomu 13,5-14,0 proc. W ślad za tym można rozwinąć całą listę wskaźników, które potwierdzają, że nad Wisłą notujemy spowolnienie gospodarcze.

W tych warunkach pojawia się sporo głosów, że polski policy mix – czyli kombinacja polityki monetarnej i fiskalnej – jest zbyt restrykcyjny. Ostatnio Rada Polityki Pieniężnej podjęła dwukrotnie decyzję o obniżce stóp procentowych i w efekcie stopa referencyjna znajduje się dziś na poziomie 4,25 proc. Jednak zdaniem wielu ekspertów cena pieniądza w gospodarce nadal jest za wysoka, zwłaszcza wobec spadającej presji inflacyjnej.

Polityka monetarna przykuwa tym większą uwagę, iż polityka budżetowa znajduje się na drodze konsolidacji finansów publicznych i wielkiego pola manewru do pobudzenia popytu wewnętrznego nie ma. Pytanie jednak, czy luzowanie polityki monetarnej rzeczywiście coś da, skoro banki nie palą się do udzielania kredytów, społeczeństwo nie jest skore ich zaciągać, a firmy do tematu inwestycji podchodzą z rezerwą.

Pamiętajmy przy tym, że zasadniczą przyczyną spowolnienia gospodarczego w naszym kraju są czynniki egzogeniczne – głównie kryzys strefy euro. A skoro tak, to skuteczność antykryzysowej polityki krajowej napotyka poważne ograniczenia.

Patrzeć do przodu

Niemniej warto szukać sposobów na wzmocnienie polskiej gospodarki. Na pierwszy plan z pewnością wysuwa się konieczność dalszej poprawy warunków dla przedsiębiorców, bo to sektor prywatny w pierwszym rzędzie zapewnia Polakom pracę i dobrobyt. W ostatnich latach zanotowaliśmy w tym względzie spory postęp, lecz wciąż można zastanowić się nad reformami ułatwiającymi płacenie podatków czy metodami lepszego poskromienia biurokracji.

Usprawnienia wymaga zarazem rynek pracy. W tym względzie zastanówmy się nad wprowadzeniem pewnych elementów flexicurity. Rozważmy przyznanie ulg firmom zatrudniającym absolwentów, poprawmy efektywność urzędów pracy, zredukujmy różnicę elastyczności i kosztów zatrudnienia między umowami z kodeksu cywilnego i kodeksu pracy.

Przed dyskusją nad wejściem Polski do strefy euro tym bardziej nie uciekniemy. Filozofia „poczekamy, co się stanie ze wspólną walutą, a potem pomyślimy” straciła na aktualności. Euroland podejmuje na naszych oczach przełomowe reformy, więc nie możemy już dłużej tylko stać z boku, patrzeć i dumać. Bo ani gospodarczo, ani politycznie Polski nie stać na to, by wstrzymywać się z uczestnictwem w procesie pogłębiającej się integracji europejskiej.

Wreszcie, podejmijmy debatę nad czynnikami polskiego rozwoju. Te, które nas dziś popychają, w najbliższych latach zaczną się wypalać. Najwyższy czas powoli odchodzić od modelu gospodarki nisko kosztowej. Pora postawić na innowacyjność, kreatywność i konkurowanie jakością.

Dziś widać bardziej niż kiedyś, że kibicowanie statystykom PKB to za mało. Przed nami mnóstwo wyzwań. W dobie spowolnienia gospodarczego przyjmijmy zatem postawę nie defensywną, lecz aktywną. Zadbajmy o to, byśmy z kryzysu wyszli nie tylko obronną ręką, ale także z lepszymi widokami na przyszłość.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, analityk Instytutu Obywatelskiego