Newsletter

Wesołych świąt panie Cameron!

Zbigniew Czachór, 24.11.2012
Gorzka to prawda, że stać Unię na wielomiliardowe programy ratunkowe w strefie euro, a nie stać na sensowny unijny budżet, który pozwoli Wspólnocie „otrząsnąć” się z kryzysu

Gorzka to prawda, że stać Unię na wielomiliardowe programy ratunkowe w strefie euro, a nie stać na sensowny unijny budżet, który pozwoli Wspólnocie „otrząsnąć” się z kryzysu

O tym, jak różnimy się od Brytyjczyków, niech świadczy fakt, że bezpośrednio po ogłoszeniu fiaska szczytu szefów państw i rządów w sprawie Wieloletnich Ram Finansowych 2014-20 telewizję BBC bardziej interesowało przemówienie egipskiego prezydenta oraz osiągnięcia brytyjskiego wywiadu niż to, co stało się w Brukseli.

Musimy pogodzić się z faktem, że dla Zjednoczonego Królestwa integracja europejska nie jest tym samym, czym jest dla Polski, zarówno z punktu widzenia szans rozwojowych i modernizacyjnych, jak i odpowiedzialności za przyszłość kryzysowej Europy. Nie mam zamiaru wracać tu do historii: angielskiego „splendid isolation”, Jałty, „żelaznej kurtyny”, eurosceptycyzmu, brytyjskiego rabatu itp. Tym bardziej, że nie o Wielką Brytanię tu tylko chodzi. Stanowisko budżetowe tego kraju poparł cały „klub skąpców” (w tym tak nam bliska Szwecja czy Niderlandy).
Do tego dochodzi niejednoznaczne stanowisko Niemiec.

Wszystko to sprawia, że niektórzy politycy i urzędnicy państw członkowskich (nie nazywam tu ich celowo przywódcami) nie byli w stanie wyjść poza dotychczas znane i rozpoznawalne frazy i praktyki. Po pierwsze, tak jak w przeszłości bywało, nie udało im się porozumieć za pierwszym razem. I tym razem nie można było z tej „tradycji” zrezygnować.

Po drugie, głównym argumentem przeciwników porozumienia była troska o swój interes narodowy i własne państwo oraz „kieszeń” obywateli. Nic nowego… I po trzecie, to że nie udało się wypracować kompromisu, jest winą unijnych instytucji, na czele z Komisją Europejską, której urzędnicy przejadają dużą część „unijnej kasy”.

Wszystkie te argumenty byłyby zrozumiałe – wręcz klasyczne – gdyby nie jeden „drobny szczegół”. Unia Europejska jest nadal i coraz bardziej pogrążona w kryzysie, którego końca nie widać. Jesteśmy w sytuacji niepewności i chaosu co do przyszłości strefy euro i całej Unii. Wielu państwom grozi poważna recesja. Wobec tego można było oczekiwać, że Rada Europejska będzie w stanie się porozumieć bez zbędnej zwłoki. Byłby to klarowny sygnał dla rynków (unijnych wierzycieli) i agencji ratingowych, że państwa członkowskie poważnie traktują sytuację i dają światu oraz swym obywatelom dowód przewidywalności i odpowiedzialności.

Nie można też w tym miejscu nie zauważyć, że „zacięta” walka wybranych krajów w sprawach cięć nie znajduje żadnego racjonalnego uzasadnienia ekonomicznego, gdyż Wieloletnie Ramy Finansowe szczególnie w zakresie polityki spójności to najsensowniej wydawane unijne pieniądze, które prowadzą do wzrostu gospodarczego, modernizacji i transformacji społeczno-ekonomicznej państw i regionów. Dlatego też, gdybym mógł dziś porozmawiać z kanclerz Merkel czy z premierem Cameronem, poradziłbym im, aby obecnie negocjowany budżet UE jeszcze zwiększyli, a nie go redukowali. Właśnie po to, aby takie kraje jak Polska i inne państwa Europy, które nie wywołały obecnego kryzysu, mogły poprzez wzmocnienie swego PKB utrzymać Unię Europejską w stanie równowagi.

Nie przypominam tu jeszcze kolejnego ważnego argumentu o tym, że duża część pieniędzy UE, o które tak boją się płatnicy netto i tak do nich wraca w postaci zakupionych u nich produktów i usług. Poza tym żadnym populizmem nie jest gorzka prawda, że stać Unię na wielomiliardowe programy ratunkowe w strefie euro, a nie stać na sensowny unijny budżet, który pozwoli Wspólnocie „otrząsnąć” się z kryzysu.

Niestety, zwyciężyła krótkowzroczność i kalkulacja polityczna obliczona na odbiór przez krajową opinię publiczną, kształtowaną m.in. przez wspomnianą wyżej BBC. A tu nie ma litości. Telewizja ta, na potrzeby „swego”, krajowego sposobu pokazania, w jaki sposób wykorzystuje się unijne pieniądze, zestawiła Polskę z Grecją. A jaką reputacją w Europie cieszy się ten drugi kraj, nie musimy wspominać.

Na koniec należy wyrazić nadzieję, że po wybrzmieniu argumentów obu stron negocjacji dojdzie do bożonarodzeniowego uspokojenia i ponoworocznego porozumienia, wobec którego wszyscy zainteresowani ogłoszą, że wygrali. Tym bardziej, że w Unii Europejskiej nikt nigdy nie przegrywa… a sukces potrzebny jest wszystkim.

*Prof. UAM Zbigniew Czachór – stały doradca Komisji do Spraw Unii Europejskiej Sejmu RP