Newsletter

Albo więcej Europy, albo dezintegracja

Jarosław Makowski, 21.11.2012
Dziś słyszymy, nawet od sceptycznych Brytyjczyków, że i Londyn nie chce rozpadu Unii Europejskiej. Ale nie chcieć rozpadu Unii nie znaczy jeszcze chcieć jej większej i głębszej integracji

Dziś słyszymy, nawet od sceptycznych Brytyjczyków, że i Londyn nie chce rozpadu Unii Europejskiej. Ale nie chcieć rozpadu Unii nie znaczy jeszcze chcieć jej większej i głębszej integracji

1.
Kolejny szczyt Unii Europejskiej. Szczyt, który – chciałoby się powiedzieć – jest spotkaniem ostatniej szansy. I nie byłoby w tym stwierdzeniu krzty przesady, gdyby nie fakt, że przywódcy Unii Europejskiej już kilkanaście razy w ostatnich miesiącach ogłaszali, że spotykają się po to, by po raz ostatni ratować zjednoczoną Europę. Europę, która raptem miesiąc temu otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla za transformację z „kontynentu wojny w kontynent pokoju“. Czy była to nagroda na wyrost? Na to pytanie powinni odpowiedzieć sobie sami Europejczycy.

Jednak oni zdają się nie martwić, czy rzeczywiście stoimy przed dramatycznym wyborem: albo więcej Europy, albo rozpad. A moment jest kluczowy. Dzieje się tak dlatego, że – po pierwsze – na stole negocjacyjnym leżą ogromne pieniądze, które wyznaczą ramy finansowe Unii Europejskiej na lata 2014-20. Po drugie, sposób, w jaki przywódcy Europy skonstruują budżet powie nam, jaka będzie Unia Europejska. Lub, dosadniej: czy w ogóle będzie!?

2.
I problem polityczny jest, moim zdaniem, kluczową sprawą. Jasne, kasa jest ważna, szczególnie w dobie kryzysu. Pieniądze są ważne, szczególnie, gdy ich brak. Ale ważniejsze jest, by jasno sobie dziś powiedzieć: czy chcemy dalej wspólnie budować zjednoczoną Europę?

Zgoda: dziś słyszymy, nawet od sceptycznych Brytyjczyków, że i Londyn nie chce rozpadu Unii Europejskiej. Ale nie chcieć rozpadu Unii nie znaczy jeszcze chcieć jej większej i głębszej integracji. Retoryka jest zatem negatywna: „nie chcemy rozpadu Unii”. Ale to znaczy tylko tyle, że chcemy status quo. Sęk w tym, że stan obecny jest nie do utrzymania. Ba, jest także, o czym przekonujmy się na każdym kroku, o czym na własnej skórze przekonują się miliony Europejczyków, nieefektywny.

Jednocześnie, choć wiemy, że obecna sytuacja jest nie do utrzymania, to mało kto kwapi się, by powiedzieć jasno i stanowczo: „chcemy więcej Europy”. Odpowiedzialność za sukces Unii spoczywa głównie na Berlinie i Paryżu. Ten duet, który jest motorem Wspólnoty, musi dać jasny sygnał: „nie ma alternatywy dla zjednoczonej Europy”.

Dlaczego większa odpowiedzialność spoczywa na Merkohollandzie? Proste: „komu więcej jest dane, od tego się więcej wymaga”. To od Berlina i Paryża dziś musi popłynąć przekaz, że solidarność staje się osią relacji między krajami tworzącymi Unię. Jeśli bowiem Unia działa solidarnie, o czym wciąż przypomina premier Donald Tusk, wszyscy na tym zyskujemy. Jeśli górę biorą partykularne egoizmy, wszyscy na tym tracimy.

To ostatni moment, by zacząć myśleć o wspólnej Europie nie pod pręgierzem sankcji czy kryzysu, który wymusza na nas określone działania, ale z przekonaniem, że Unia Europejska, choć budując ją wciąż się potykamy, jest naszym przeznaczeniem. A jest przeznaczeniem, gdyż zjednoczona wspólnota daje nam pokój, bezpieczeństwo i dobrobyt.

3.
Co więcej, solidarnościowego budżetu Unia potrzebuje także dlatego, by skończyć ze wzmacnianiem destrukcyjnego projektu, jakim jest tworzenie „Europy bez Europejczyków”. Tak, dziś zjednoczona Europa jest w defensywie, gdyż nie mamy Europejczyków. A nie mamy ich, bo – na użytek wewnętrznej polityki, szczególnie gdy odbywają się wybory krajowe – Unia robi za chłopca do bicia.

Nie można jednego dnia mówić obywatelom Wielkiej Brytanii czy Holandii, że Bruksela jest uosobieniem wszelkiego zła, a następnego, że zjednoczona Europa jest dla nas wszystkich dobrodziejstwem. Innymi słowy: nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko.

Tak czy inaczej – trzeciej drogi nie ma. Albo powiemy sobie jasno, że Unia Europejska jest naszym przeznaczeniem, co znaczy, że solidarność musi stać się osią naszych wewnątrzeuropejskich relacji. Albo czeka nas dezintegracja, co znaczy, że osią relacji między krajami Europy znów stanie się egoizm.

Druga droga, jak doskonale wiemy z historii, zawsze kończyła się dla Europy tragicznie. Pierwsza, o czym również poucza nas historia, daje szansę na rozwój i postęp. Na dalszą realizację „europejskiego marzenia”. Czyż nasi przywódcy rozpoczynający kluczowe negocjacje w Brukseli nie okazaliby się szaleńcami, gdyby zgotowali nam pierwszy wariant rozwoju Europy?

*Jarosław Makowski – filozof, teolog, szef Instytutu Obywatelskiego