Newsletter

Nowe oblicze Ameryki

Kazimierz Bem, 22.11.2012
Rodzi się nowe oblicze Ameryki. Jednak republikanie nie chcą przyjąć tego do wiadomości. Tęsknią za rajem, w którym dominowali podstarzali biali faceci

Strona 1

Rodzi się nowe oblicze Ameryki. Jednak republikanie nie chcą przyjąć tego do wiadomości. Tęsknią za rajem, w którym dominowali podstarzali biali faceci

Zaczęło się! W obozie Partii Republikańskiej rozpoczęła się krwawa wojna domowa o to, kogo obciążyć winą za klęskę Mitta Romneya. Starzy liderzy GOP zdają się dostrzegać, że ich ugrupowanie zbyt mocno skręciło na prawo. Doskonale to rozchodzenie się dróg republikanów i Amerykanów podsumował jeden ze strategów tej partii jeszcze w trakcie kampanii, gdy przyznał, że Partia Republikańska „to gromada starych białych mężczyzn. Potrzebujemy więcej kobiet, Latynosów i Afroamerykanów”.

Inaczej sprawę widzą populiści z Tea Party. Twierdzą, że Mitt Romney był mało wyrazisty. Dlatego nie porwał religijnej prawicy, która dziś stanowi ważny fundament GOP. Wewnętrzne, rozliczeniowe porachunki po klęsce Romneya, jakie obserwujemy pokazują jedno: partia Lincolna i Reagana niewiele zrozumiała z tego, jaka Ameryka objawiła się 6 listopada. Cóż więc interesującego Amerykanie powiedzieli nam o sobie w dniu wyborów?

Po pierwsze, demografia nie sprzyja republikanom. Populacja białych mieszkańców USA powoli się zmniejsza: w 2030 staną się mniejszością i ten proces będzie się tylko pogłębiał. Oznacza to, że żadna partia nie może sobie pozwolić na budowanie swojego programu tylko wokół oczekiwań jednej grupy, gdyż skaże się tym samym na marginalizację.

Republikanie mają więc dwa wyjścia: albo otworzyć się na Latynosów i mniejszości etniczne (np. Azjatów), albo starać się ograniczać ich prawa wyborcze. Dotąd wybierali drugą opcję: zdominowane przez nich parlamenty stanowe w Ohio, Florydzie, Pensylwanii i Florydzie pod pretekstem „cięć budżetowych” próbowały ograniczyć godziny i czas na wcześniejsze oddanie głosów. Na Florydzie ci, którzy chcieli głosować wcześniej, musieli czekać nawet po sześć godzin! Co znamienne, we wszystkich tych stanach wygrali demokraci i Obama – i to głosami właśnie tych grup, których głosy republikanie starali się ograniczyć. Pytanie, czy zamiast próbować zmarginalizować owe grupy, może lepiej spróbować je do siebie przekonać?

Po drugie, bardzo szybo rośnie odsetek Latynosów pośród ludności USA. To oni i ich głosy zapewnili Obamie zwycięstwo w kluczowych stanach: Kolorado i Nevadzie. Do tej pory stany te były uważane za bastiony republikanów. Mało: głosy Latynosów niemal doprowadziły do zwycięstwa demokratów w republikańskim stanie Arizona.

Latynosi zagłosowali za Obamą, bo republikanie i Romney robili dosłownie wszystko, by ich do siebie zniechęcić. Stanowisko Romneya, który zaproponował nielegalnym „samodeportację” doprowadziło tylko i wyłącznie do zaprzepaszczenia jego szans na Biały Dom. Jest to o tyle ciekawe, że George W. Bush zdobył prawie 40 proc. latynoskich głosów w roku 2004. Obiecywał im wtedy reformę prawa imigracyjnego i drogą, ale zawsze, legalizację pobytu w USA. Dziś republikanie nie chcą o niej słyszeć i to zapewne sprawi, że reformą tą zajmie się Obama w drugiej kadencji. Jeśli uda mu się przeprowadzić odpowiednie rozwiązania, zwiąże z sobą miliony latynoskich wyborców na co najmniej jedno pokolenie. Jeśli republikanie znów zablokują reformę, Latynosi i tak trafią w objęcia demokratów.

Po trzecie, to kwestia tzw. „zmieniającej się geografii wyborczej”. Do lat 60-tych XX w. Południe USA było zdecydowanie demokratyczne, a dawna Północ – republikańska. Od tamtego czasu do lat 80-tych nastąpiło odwrócenie ról: Północ i Nowa Anglia są dziś demokratyczne, a Południe republikańskie. Ale wciąż zdarzały się stany, gdzie wyborcy – choć głosowali na republikanów czy demokratów – „rozdzielali swój głos”, optując za inną partią w wyborach prezydenckich.