Newsletter

Wyczekiwany budżet, niechciana inicjatywa

Bartosz Bator, 13.11.2012
Nie cichnie dyskusja na temat wprowadzania przez polskie samorządy budżetów partycypacyjnych. Tymczasem podobne rozwiązanie – nie tak rewolucyjne, lecz łatwiejsze do zastosowania – obowiązuje

Strona 1

Nie cichnie dyskusja na temat wprowadzania przez polskie samorządy budżetów partycypacyjnych. Tymczasem podobne rozwiązanie – nie tak rewolucyjne, lecz łatwiejsze do zastosowania – obowiązuje

Wprowadzono je do ustawy o działalności pożytku publicznego ponad dwa lata temu zapisami o tzw. inicjatywie lokalnej. W ręce mieszkańców trafił konkretny instrument, dzięki któremu mogą istotnie współdecydować o wydatkowaniu pieniędzy z publicznej kasy. Właściwie to należy powiedzieć, że mogliby współdecydować, gdyby nie fakt, że przepisy te pozostają martwe.

Metoda drobnych kroków

Na samym początku chciałbym wyraźnie i wprost powiedzieć – budżet partycypacyjny to pomysł ciekawy i potrzebny. I jedna z takich idei, która swobodnie opiera się zarzutom o sens jej wprowadzenia. Argumenty przeciwko wydają się wręcz absurdalne. Trudno sobie bowiem wyobrazić lepsze rozwiązanie, które w tak kategoryczny sposób mogłoby właściwie ustawić relację mieszkańcy – samorząd, czy może nawet obywatel – państwo.

Należy postawić inne pytanie. Czy wprowadzenie w niedalekiej przyszłości budżetów partycypacyjnych jest realne, a przede wszystkim racjonalne? Czy to właściwy moment? Czy należy przyjąć, iż jest to konieczna ale nieco odległa perspektywa? A jeśli tak, to jakimi krokami do niej dojść? I jakie instrumenty powinny temu służyć? Więcej – czy może już jakieś istnieją?

Pragmatyzm wykonywanego zawodu powoduje, że od zawsze jestem zwolennikiem małych lecz konsekwentnych kroków służących realizacji dalekosiężnego celu. Za taki uznaję moment, gdy realnym będzie wprowadzenie budżetu partycypacyjnego przez polskie samorządy. Dlaczego? Pracowałem w szeregu instytucji publicznych, ale przede wszystkim dla największego polskiego samorządu, jakim jest samorząd warszawski. Udało mi się przyjrzeć relacjom, jakie de facto ma formatować w nowy sposób idea budżetu partycypacyjnego. Ta idea to zmiana w sposobie myślenia o urzędniku, samorządzie, jego roli. I w równym stopniu chodzi tu o nowe samookreślenie się, zaktywizowanie mieszkańców, jak i urzędników.

Dziś mentalnie pracownicy urzędów lokalnych są jedną z najmniej energicznych grup zawodowych. Bierni, ale wierni – etatom i świętemu spokojowi. Parafrazując biografa Ludwika XVI – poziom ołowiu we krwi tych ludzi jest iście zatrważający. A postrzeganie mieszkańców jako petentów powszechne i bezsprzeczne.

Oczywiście zdarzają się wyjątki, niemniej jednak w myśl starej prawniczej maksymy, tak i tu – wyjątek potwierdza regułę. Pamiętam jak dziś rozmowy z przedstawicielami biur warszawskiego urzędu czy też reprezentantami dzielnic, ich przerażenie w oczach, gdy kreśliliśmy zasady funkcjonowania idei inicjatywy lokalnej – rozwiązania jakże skromniejszego od idei budżetu partycypacyjnego. Dlatego gdy czytam dość powszechne opinie – koniecznie wprowadzajmy budżet partycypacyjny już, teraz – jestem pewien, że to się nie uda. Teraz się nie uda, bo ludzie mentalnie muszą to unieść.

Dlatego tym bardziej boli fakt, że tak niewielu pamięta o czymś takim jak „realizacja zadań publicznych w ramach inicjatywy lokalnej”. Nowatorskim rozwiązaniu, które mogłoby idealnie przygotować grunt pod wprowadzenie budżetów partycypacyjnych. Obecność tych przepisów przeczy też argumentom, iż obecnie brak jest mieszkańcom instrumentu, by móc współdecydować o tym, na co samorządy wydają pieniądze.

Umowa między samorządem a obywatelem

Może warto kilka słów poświęcić o tym, czym jest inicjatywa lokalna. Ustawodawca, co w polskim prawie nieczęste, w tym przypadku pokusił się o sformułowanie dość sensownej definicji tego pojęcia. Przez inicjatywę lokalną należy rozumieć formę współpracy jednostek samorządu terytorialnego z ich mieszkańcami, w celu wspólnego realizowania zadania publicznego na rzecz społeczności lokalnej. Użyto w tym zapisie pojęć powszechnie znanych i zrozumiałych, ale kluczowe są słowa „współpraca” i „wspólnie”. Z tych niepozornych zwrotów wynika coś niezwykle istotnego – obie strony są w równym stopniu zobowiązane, jaki i uprawnione. I nie są to tylko czcze słowa. Pozostałe przepisy o inicjatywie lokalnej stanowią bowiem tego potwierdzenie.

Wniosek o realizację zadania publicznego (ustawa zawiera precyzyjny katalog zadań publicznych) mogą złożyć mieszkańcy samodzielnie lub oprzeć się na doświadczeniu organizacji pozarządowej, która może ich wspierać. Ustawa pozostawia swobodny wybór mieszkańcom. Przepisy w niewielkim stopniu ograniczają „inwencję twórczą” mieszkańców także w zakresie, co chcieliby zrobić za pieniądze z budżetu „swojego” samorządu. W zakresie wniosku mieszczą się i remonty dróg oraz kanalizacji, i pomysły z zakresu kultury, sportu czy ekologii.

Ważne, że wspomniany wniosek nie wymaga żadnych formalności. Wystarczy, że znajdzie się w nim oznaczenie wnioskodawców i nawet ogólnikowa treść pomysłu. Po stronie samorządu leży zaś określenie trybu i szczegółowych kryteriów oceny wniosków. W żaden jednak sposób nie powinny one mnożyć formalności i ograniczeń ponad to, co wyrażone zostało w ustawie. Ustawa daje wiele swobody, w myśl idei, że inicjatywa lokalna musi opierać się, ale i podtrzymywać przez cały okres realizacji, entuzjazm mieszkańców. Entuzjazm zaś to, jak wiadomo, zjawisko niezwykle ulotne i łatwe do utracenia przy piętrzeniu formalności. Oczywiście, należy też zaakcentować, że sensownie sformatowane kryteria oceny wniosków mogą stanowić w ręku samorządu element weryfikacji ich racjonalności, ale przede wszystkim celowości pomysłów z perspektywy potrzeb danej społeczności.

A co dzieje się, gdy mieszkańcy i samorząd dojdą do porozumienia i stwierdzą, że chcą dany pomysł realizować? Następuje najciekawszy i chyba najważniejszy moment. Stanowi on kwintesencję idei inicjatywy. Mieszkańcy i samorząd zawierają umowę na wykonanie zadania publicznego w ramach inicjatywy lokalnej. Tak, umowę. Najzwyczajniejszą umowę cywilnoprawną, w której strony – zgodnie z fundamentalną zasadą systemu prawa cywilnego – są na równi zobowiązane i uprawnione. Mało tego, w ustawie o działalności pożytku publicznego jest wyraźnie powiedziane, że w zakresie nieuregulowanym w ustawie do umowy stosuje się odpowiednio przepisy kodeksu cywilnego!