Newsletter

Mieć motyw

Azrael, 31.10.2012
O co tak naprawdę Gmyzowi chodziło? Wersja pierwsza – o „rozhuśtanie” polskiej sceny politycznej. I to akurat udało się znakomicie

Dziś, dzień po publikacji materiału redaktora Cezarego Gmyza w „Rzeczpospolitej” na temat śladów materiałów wybuchowych na powierzchni wraku Tu 154M, który dalej stoi na smoleńskim lotnisku, stawiane jest kilka pytań. Nie dotyczą one wątłych przesłanek i dowodów przedstawionych w artykule Gmyza na rzecz ponoć sporych śladów trotylu i nitrogliceryny, lecz tego, jakie były jego prawdziwe motywy. Bo że jakieś były, tak sądzi wielu komentatorów. Poza, co oczywiste, autorem publikacji z „Rzepy”. Gmyz ponoć opierał się na wiarygodnych ekspertyzach – ale tylko do wczesnych godzin popołudniowych.

A zatem, o co tak naprawdę autorowi chodziło? Wersja pierwsza – o „rozhuśtanie” polskiej sceny politycznej. I to akurat udało się znakomicie. Jeden krótki tekst, bez konkretów, za to z gorącymi deklaracjami autora, wywołał szeroki rezonans mediów i polityków. Pojawiają się komentarze i ich dementi, konferencje prasowe – ta ze strony Prawa i Sprawiedliwości nie tylko przygotowana doskonale, ale także brzmiąca niczym zapowiedź dalszych działań i oskarżeń o popełnienie zbrodni. Wszystko w „chmurze” sensacji i zapowiedzi dalszej eskalacji. Do czasu, kiedy naczelny „Rzeczpospolitej”, Tomasz Wróblewski,  trzeźwieje i zaczyna rozumieć, że bomba odpalona w jego gazecie ma krótką spłonkę, jeszcze mniej trotylu, za to śmierdzącą klasę dziennikarską i polityczną.

Z sytuacji doskonale za to korzysta Antoni Macierewicz, stając znów na czele ultraprawicowej sceny politycznej; basuje mu, twardo i w konwencji „zamachu smoleńskiego”, szef PiS-u, Jarosław Kaczyński. W kilka godzin po konferencji PiS-u pole odzyskuje PO i Donald Tusk, napędzony, zmotywowany i odświeżony kuriozalnym tekstem Gmyza i jeszcze bardziej szaleńczą reakcją PiS-u. Gdzieś w tle są błędy i niedoróbki prokuratury wojskowej i co najmniej niezręczności prokuratora generalnego, Andrzeja Seremeta. Dziś zresztą okazuje się, że Seremet w dużym stopniu autoryzował materiał Gmyza. Niezręczność, głupota czy może jednak cicha współpraca? Za dużo tych niezręczności w ostatnich miesiącach…

Prawo i Sprawiedliwość i sam Jarosław Kaczyński, doskonale wystartowali z grą polityczną, dostając silną kartę w postaci artykułu Gmyza – która jednak okazała się blotką. Zamach, zbrodnia, oskarżeni i wykonawcy – a przede wszystkim „winny Donald Tusk”. Doskonale się to układało na dwa tygodnie przed świętem 11 listopada, kolejnym marszem-manifestacją. Lont odpalony, bomba mogła wybuchnąć. Gdyby ładunek nie został tak sfuszerowany, okazałoby się, że za dni kilkanaście doszłoby do wydarzeń tragicznych.

Dziś, w ponad dobę po publikacji materiału Cezarego Gmyza widać wyraźnie, że apogeum wydarzeń, jakie zainicjował, miało się zdarzyć właśnie na manifestacji „patriotów” i „Gazety Polskiej”. Teoria spiskowa została odsłonięta poprzez niechlujny materiał i szybką reakcję prokuratury wojskowej, przygotowaną merytorycznie. Założenie, że atmosfera od wczoraj do rocznicy dnia Święta Niepodległości będzie rosnąć i się podgrzewać, została zniweczona w zaledwie kilkanaście godzin. Przez samych autorów, nie uchylajmy się od tej opinii – prowokacji politycznej. Jednak okazało się, że redaktorzy Sakiewicz i Gmyz nie są umysłami na miarę Aleksandra Bocheńskiego…

I na końcu jeszcze jedna sprawa – to utrata wieloletniej tradycji i klasy „Rzeczpospolitej”. Pozostaje smutek, gdy pomyśli się o redaktorach Dariuszu Fikusie czy Grzegorzu Gaudenie, ale także rzewne wspomnienie po szefowaniu gazetą przez… Pawła Lisickiego. Nie mnie doradzać, co powinno się po tym skandalu wydarzyć w siedzibie „Rzepy”. Myślę, że Grzegorz Hajdarowicz, szef wydawnictwa, wyciągnie jakieś wnioski. Choć zapewne się rozczaruję.