Newsletter

Podziały ruchów

Mateusz Kokoszkiewicz, 30.10.2012
Nie martwię się o podziały wewnątrz ruchów miejskich, bo są one autentyczne

Strona 1

Nie martwię się o podziały wewnątrz ruchów miejskich, bo są one autentyczne

„Powiedzmy sobie szczerze i nie wstydźmy się tego, lokatorzy mają prawo do niezadowolenia” –Stanisław Anioł

Co może forma?

Ruchy miejskie coś ogłosiły, ustaliły, uważają… możemy tak powiedzieć, o ile uznamy, że sama forma może cokolwiek ustalić. Ruch miejski jako taki jest bowiem właśnie formą społecznej samoorganizacji, wyrosłą jakby z niczego w czasach uwiądu tradycyjnych organizacji i skupienia wielu z nich głównie na pozyskiwaniu funduszy. I to w czasach wycofania ludzi do sfery prywatnej oraz odczuwalnego kryzysu obywatelskiego zaangażowania.

Ruchy powstawały oddolnie: wiele z nich jako rozwinięcie dyskusji na Forum Polskich Wieżowców, wśród ludzi, którym samo debatowanie nie wystarczało. Inne zaistniały jako rozwinięcie lokalnych ruchów protestu; jeszcze inne jako federacje osób zajmujących się kulturą. Pojęcie „ruchu miejskiego”, przeniesione na grunt polski przez Kacpra Pobłockiego, dopiero je zastało. Nie należy się dziwić, że nie są one jednorodne. Poszczególne perspektywy się przenikają. Warto jednak dokonać ich podziału, choćbyśmy tylko mieli stworzyć dość ogólną typologię.

Z samej formy ruchu miejskiego w naturalny sposób wynika wspólnotowość w myśleniu… ale tradycyjnych ideologii wspólnotowych jest wiele. Kojarzenie ruchów li tylko z socjalistyczną czy zieloną lewicą albo anarchizmem jest błędne. Wszak i liberalizm społeczny, i społeczna nauka Kościoła, do której odwołuje się chadecja, i nawet konserwatyzm społeczny mocno odnoszą się do wspólnoty. Wszystkie mają swoją jej wizję i mogą być podstawą myślenia o mieście. Do nurtów tych ruchy odwołują się często w sposób tylko faktyczny, na świadomym poziomie stroniąc od ideologizacji.

Większość ruchów zgodzi się na pewne postulaty i uzna je za oczywiste, gdyż np. powszechnie są realizowane w Europie Zachodniej – takie jak rozwój sieci rowerowej czy wzmocnienie planowania przestrzennego. W innych natomiast kwestiach, nawet dość fundamentalnych, pozostaną po zupełnie innych stronach barykady. Jedni powiedzą: „miasto to nie firma”, inni: „miasto powinno być zarządzane jak dobra firma”. Jedni będą zwolennikami bardziej socjalnej, inni bardziej liberalnej polityki mieszkaniowej. Ideologie dzielą ruchy, ale występują też podziały bardziej subtelne.

Kto kogo reprezentuje?

„U nas na szczęście tego pomysłu nie ma. Od podejmowania decyzji są radni, których mieszkańcy wybierają co cztery lata” – mówi o budżecie partycypacyjnym rzecznik Wrocławia Paweł Czuma. Radni i posłowie chcą stawiać ruchy w szachu, (raczej po cichutku) złośliwie pytając: my reprezentujemy tysiące wyborców, kogo wy reprezentujecie? Krytycy praktyki współczesnej demokracji wśród ruchów odpowiedzą: w obecnym systemie radni czy posłowie nie są faktycznie przedstawicielami żadnych wyborców, ale swoich korporacji i ich szefów. Oddzielają się od konkurencji systemem d’Hondta, progiem pięciu procent i dotacjami budżetowymi.

Zajmujemy się tym, bo obowiązująca u nas teologia demokracji (wbrew tym, którzy wszędzie widzą tylko teologię rynkową) uważa kwestię reprezentacji społeczeństwa za kluczową przesłankę przy podejmowaniu decyzji. Stąd niektóre ruchy oddolne kwestionują obecny model przedstawicielstwa i szukają swojej legitymacji bezpośrednio „na dole”, w konsultacjach, spotkaniach, manifestacjach czy oddolnie organizowanych głosowaniach.

Krytycy zapytają: czy ruchy są samym ludem, czy przy stawianiu poszczególnych spraw nie umyka nam faktyczna wola reprezentowanych, tak samo jak u polityków? Mimo, że członkowie ruchów często nie lubią Richarda Floridy (albo interpretacji jego prac przez polskich polityków), to trudno zaprzeczyć temu, że są częścią klasy kreatywnej. Tej jej części, która tradycyjnie w Europie Środkowo-Wschodniej jest wyróżniania przez swoje zaangażowanie i nazywana inteligencją. Czy z tego wynika alienacja od potrzeb ludzi? W praktyce na przykład ludzie chcą stadionów, a ruchy się im sprzeciwiają. Ale z drugiej strony, pokazują prospołeczną politykę mieszkaniową, której sami lokatorzy nie wymyślą. Czy wmawiają więc coś ludziom, czy tylko pokazują, jak są oszukiwani?

Ten problem przywodzi na myśl kwestię omawianą przez Kautskiego i Lenina w odniesieniu do stosunku marksizmu i ruchu robotniczego: dla nich rolą inteligencji reprezentującej proletariat było „wnoszenie świadomości” w masy i wyzwalanie jej z okowów krótkowzrocznego, niepolitycznego myślenia. Efekty w przypadku zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji i rosyjskiego bolszewizmu były zgoła odmienne, więc nie można tego sposobu myślenia a priori ani zanegować, ani potwierdzić.