Newsletter

Atom – nie, łupki – tak?

Aleksander Kaczorowski, 25.10.2012
Szanse realizacji projektu budowy elektrowni jądrowej w Polsce, już przed rokiem znikome, teraz zmalały do zera

Obydwa projekty naraz, energetyka jądrowa i gaz łupkowy, nie mogą zakończyć się sukcesem – powiedział wczoraj Krzysztof Kilian, prezes Polskiej Grupy Energetycznej. Wyjaśnił, jak donosi „Rzeczpospolita”, że te dwa przedsięwzięcia się w Polsce wykluczają. „Jego dość zaskakującą deklarację potwierdził minister skarbu Mikołaj Budzanowski: – Priorytetem dla Polski jest poszukiwanie i wydobycie węglowodorów. A ostateczna decyzja odnośnie do programu jądrowego zapadnie nie wcześniej niż na przełomie lat 2014 i 2015” („Rz.”).

Deklaracja Kiliana i Budzanowskiego nie jest zaskakująca dla nikogo, kto umie liczyć. Naprawdę zaskakująca była ubiegłoroczna deklaracja premiera Donalda Tuska, który zapowiedział budowę pierwszej polskiej elektrowni atomowej zaledwie kilka miesięcy po awarii w Fukushimie. Od tamtej pory energetyka jądrowa przeżywa bezprecedensową zapaść w skali globalnej: banki inwestycyjne odrzucają propozycje finansowania projektów jądrowych, kluczowe firmy jak Siemens rezygnują z aktywności w branży. Zaś najpotężniejsi akcjonariusze klubu atomowego – Niemcy, Japonia, Ameryka, Francja – zwracają bilet członkowski lub zamrażają udziały.

Już nawet Czesi wycofują się rakiem z planowanej rozbudowy Temelina, o czym świadczy niedawne odrzucenie oferty najpoważniejszego kandydata, francuskiej Arevy.

W tej sytuacji szanse realizacji projektu budowy elektrowni jądrowej w Polsce, już przed rokiem znikome, zmalały do zera. Ostateczna decyzja zapadnie na przełomie 2014 i 2015 roku, co oznacza tylko tyle, że osoby zaangażowane w polski projekt jądrowy dostały trochę czasu, by posprzątać zabawki. Sam budżet PR na kreowanie pozytywnego wizerunku energetyki jądrowej w Polsce wynosi 16 milionów złotych. Równie dobrze Ministerstwo Finansów mogłoby obecnie kreować pozytywny wizerunek euro. Logiczną konsekwencją deklaracji ministra Budzanowskiego powinno być przeznaczenie tych środków na bardziej pożyteczny cel.

„Można przypuszczać, że za dwa-trzy lata, kiedy rząd ostatecznie rozstrzygnie kwestię, czy elektrownia jądrowa w Polsce będzie budowana, będziemy już znać wiarygodne dane co do wielkości polskich złóż gazu łupkowego” – stwierdza „Rzeczpospolita”. Jest to bardzo optymistyczne założenie.

Przed rokiem pisałem na łamach „Newsweeka”: „Na razie w Polsce wykonano zaledwie kilkanaście odwiertów, z których każdy kosztował 50 mln zł. Rząd przewiduje, że do 2020 roku polskie i zagraniczne firmy powinny wykonać 3,5 tysiąca odwiertów za prawie 180 miliardów złotych. I wtedy będzie już można rozpocząć wydobycie na masową skalę. Pod warunkiem, że gaz naprawdę jest te 3,5 km pod ziemią i że uda się go stamtąd wydobyć, a następnie wprowadzić do systemu gazociągów, które oczywiście najpierw trzeba zbudować, co też nie będzie tanie” („Po co na  atom”).

W praktyce największy problem polega na zapewnieniu finansowania tego gigantycznego przedsięwzięcia. Przykra prawda jest zaś taka, że Polski nie stać na to, by zrobić to własnymi siłami, zaś międzynarodowe koncerny niekoniecznie muszą mieć w tym interes. Nie zdziwmy się, gdy za jakiś czas usłyszymy, że bardziej opłaca się nam sprowadzanie tańszego gazu LNG z Ameryki niż wydobywanie go w Polsce. Zwłaszcza że ceny gazu rosyjskiego również będą spadać.

Rząd zdaje sobie sprawą z tego, w jak dramatycznej znalazł się sytuacji, dlatego ostatnio podjął świadczącą o wyjątkowej wręcz determinacji decyzję o zwolnieniu zagranicznych inwestorów z płacenia de facto jakichkolwiek podatków od wydobycia gazu z łupków w Polsce. Czy to wystarczy? Pożiwiom – uwidim.