Newsletter

Młodsi juniorzy vs. starsi juniorzy

Marek Góra, 25.10.2012
Pomoc „starszakom” jest potrzebna, ale w inny sposób niż to się na ogół robi. To nie są już osoby, które trzeba prowadzić za rękę

Strona 1

Pomoc „starszakom” jest potrzebna, ale w inny sposób niż to się na ogół robi. To nie są już osoby, które trzeba prowadzić za rękę – mówi prof. Marek Góra w rozmawie z Jarosławem Makowskim

Jarosław Makowski: Żyliśmy do tej pory w społeczeństwie, czy – szerzej – kulturze zdominowanej przez młodych. Ba, mieliśmy nawet do czynienia ze swoistym „kultem młodości”. Dziś tendencja jest odwrotna: społeczeństwo szybko się starzeje. Czy jesteśmy przygotowani do życia w społeczeństwie ludzi starszych?

Prof. Marek Góra: Nie jesteśmy. Kult młodości pojawił się wtedy, kiedy to demograficzne zjawisko zaczęło się kończyć. We wcześniejszych wiekach było tak, że ludzie byli młodzi, ale też szybko umierali. Dlatego osób starych było relatywnie mało. Postęp cywilizacyjny wydłużył nasze życie. I to jest jedna z najlepszych rzeczy, jaka się nam przytrafiła. Polska pod tym względem ma wspaniałe osiągnięcie, bo tempo wydłużania się życia w Polsce jest fantastyczne – dużo szybsze niż w innych krajach. Żyjemy nie tylko dłużej ale, co ważne, żyjemy dłużej w dobrym zdrowiu. A to istotny wskaźnik, bo niektórzy mogliby uważać, że po prostu jesteśmy dłużej starcami.

Czas, kiedy rzeczywiście jesteśmy w okresie niedołężnej starości, która wymaga pomocy innych ludzi, przesuwa się wraz z wydłużeniem się długości życia. To znaczy, że jesteśmy dłużej osobami niestarymi. Takich ludzi nazywam „starsi juniorzy”. Nie będziemy żyć w społeczeństwie zdominowanym przez ludzi starych. Będziemy żyć w społeczeństwie zdominowanym cały czas przez ludzi młodych. Tyle, że będą oni mieli, już mają, więcej lat. Musimy pewne kategorie przedefiniować w naszych głowach.

Czyli dłużej siebie i innych będziemy postrzegać jako młodych?

Człowiek po 60-tce nie jest starcem. A to zmienia nasz świat dookoła. Nasi dziadkowie w wieku 60 lat byli już w wieku rzeczywiście zaawansowanym. Nasi rodzice już nie. My zaś na pewno nie będziemy, gdyż nasza aktywność się wydłuży. I to nie jest zła wiadomość. Dlatego właśnie szybkie przechodzenie na emeryturę jest prostą drogą do marginalizacji społecznej i dezaktywizacji. Jest to najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić człowiekowi, który jeszcze nie jest niedołężnym starcem.

A co z tymi, którzy jednak z jakiś powodów nie będą mogli pracować?

Jako społeczeństwo musimy się nimi zająć, oferując odpowiednie wsparcie. Ale jak ktoś, kto może pozostać aktywnym, takiego wsparcia oczekuje, to i sam robi sobie krzywdę. Bycie aktywnym we wszystkich strukturach społeczeństwa, włączając w to pracę, jest czymś szalenie ważnym dla naszego osobistego rozwoju. Często ludzie, którzy zbyt szybko się „dezaktywizują”, wpadają w pułapkę, która kończy się kłopotami zdrowotnymi. Zaczynają bowiem funkcjonować na jałowym biegu.

Spójrzmy na tę sytuację od optymistycznej strony – warto korzystać z życia. Nie jesteśmy starzy. Dziś już nie jest tak, że człowiek młody, a może raczej niestary, to osoba, która ma 30 lat. Jeśli się rozejrzymy, w gruncie rzeczy w większości przypadków zobaczymy ludzi niestarych.

Jednak w świadomości społecznej jest tak, że starość zaczyna się w 65-go roku życia.

I to jest nieporozumienie. Po pierwsze, starzenie się jest procesem, a więc nie następuje w bardzo krótkim odcinku czasu. Te 65 lat to jest XIX-wieczny zabytek. Wtedy uznano, że niedołężna starość zaczyna się w wieku 65 lat. Dziś ten typ starości sytuuje się powyżej 80-go roku życia. Jasne, że przejście z myślenia o tym, że jest się starym w wieku 65 lat, do zrozumienia tego, że jest się starym dopiero po osiemdziesiątce jest psychologicznie bardzo trudne. Dlatego tak wiele jest z tym problemów: zarówno politycznych, jak i w codziennym życiu. Ale w ten sposób ludzie sami sobie robią krzywdę, uznając się za starych, nie korzystając z życia, z którego jeszcze mogliby czerpać w znacznej mierze.

Ludzie raczej chcą przejść na emeryturę w wieku 65 lat po to, żeby… dalej aktywnie pracować. Innymi słowy, by mieć dwa źródła dochodów.

Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że to drugie źródło musi być sfinansowane przez młodych. Młodych, którzy pukają na rynek pracy i trudno jest im się do niego dostać. A to dlatego, że pieniądze zostały wydane na ten dodatkowy dochód dla osób w wieku emerytalnym.

Pojawiają się głosy, że ci starsi powinni odejść, by ci młodsi mogli wejść na rynek pracy.

Kolejna bzdura. Problemem nie są miejsca pracy, tylko pieniądze do wydania za pracę, a pieniądze idą z tymi, którzy przechodzą na emeryturę. Jak pomyślimy o tym wszystkim, co wiąże się z wejściem młodych osób na rynek pracy w Polsce, o tym, co kryje się pod hasłem „umowy śmieciowe”, to jest to dokładnie reakcja na ten problem. Dla młodych nie starcza pieniędzy. Innymi słowy: o ile starszym trudno jest je odebrać, to już młodym łatwo jest nie dać. Mamy do czynienia z fundamentalnym źródłem tego problemu, nie tylko w Polsce, ale wszędzie na świecie.