Newsletter

Czwarta władza leży na ulicy

Paweł Kubicki, 18.10.2012
Czwarta władza w miastach leży dziś na ulicy, a ruchy miejskie zdecydowały się ją podnieść

W ubiegły weekend (12-14 października) odbył się w Łodzi Drugi Kongres Ruchów Miejskich. Przyjechało ponad 200 aktywistów i aktywistek reprezentujących prawie 100 organizacji miejskich – dwukrotnie więcej w porównaniu do ubiegłorocznego KRM w Poznaniu. Już sama skala pokazuje, że KRM można uznać za wielki sukces całego środowiska, choć w pierwszej kolejności – łódzkich organizatorów.

O sukcesie KRM nie decydują jednak zwykłe liczby, ani jednostkowe wydarzenie, ale to, co dzieje się „pomiędzy”, czyli sieć wzajemnych relacji. Największym zagrożeniem nieformalnych ruchów społecznych jest ich efemeryczność. Potrafią one wyzwalać ogromne pokłady obywatelskiej energii i zaangażowania, ale jeśli nie przybierają formalnych struktur, rzadko kiedy są w stanie tę energię utrzymać. I najczęściej szybko się rozpadają.

Teoretycznie takie zagrożenie istniało także w przypadku KRM, który nie ma żadnych formalnych struktur. Lecz decyzja, aby ich nie tworzyć, okazała się trafna. Kongres funkcjonuje dużo efektywniej jako niesformalizowana organizacja o charakterze sieciowym. Zaletą sieci jest to, że nie tworzy ścisłych hierarchii i jest inkluzywna, z łatwością asymiluje nowych uczestników i co ważne, nie pozwala na przekształcanie KRM w skostniałe towarzystwo wzajemnej adoracji. Dzięki temu do Łodzi mogli przyjechać przedstawiciele różnych środowisk z wielu miast, dając kolejny świeży impuls dla rozwoju ruchu miejskiego w Polsce.

KRM od samych swoich początków sprawiał problem komentatorom. Kwestia miejska jest wciąż czymś zupełnie odległym i niezrozumiałym dla sporej części naszego społeczeństwa. Nic zatem dziwnego, że wielu komentatorów, starając się wyjaśniać fenomen KRM, posługuje się uproszczeniami odnoszącymi się do ideologicznego podziału polskiej sceny politycznej. Jednak istoty Kongresu należy szukać nie w odniesieniu do bieżącej polityki, ale bezpośrednio w tradycji arystotelesowskiej. Arystoteles pisał, że: „(…) miasto składa się z ludzi różnego rodzaju; ludzie podobni nie mogą stworzyć miasta”.

Największą zaletą i siłą KRM jest właśnie to, że łączy ludzi różnych, którzy potrafią i chcą współpracować ze sobą na rzecz poprawy życia w naszych miastach, niezależnie od tego, jakie mają poglądy. Ideologie, czy to lewicowe, czy prawicowe, zamiast integrować, częściej tworzą silne granice wewnątrz miejskiej wspólnoty, dzieląc ją na swoich i obcych. W myśl zasady przyświecającej każdej ideologii: kto nie z nami, ten przeciw nam. W takim przypadku nie ma miejsca na „ludzi różnego rodzaju”.

Jednym z pytań, jakie pojawia się kontekście KRM jest to, czy będzie on starał się przejmować władzę w miastach. Widać wyraźnie, że Kongres już przejmuje władzę w miastach, tyle, że jest to tzw. czwarta władza. Kwestia miejska w mediach ogólnopolskich właściwie nie istnieje; nie mieści się w ramach mediów rozpiętych pomiędzy tandetną rozrywką, tanią sensacją i ideologicznym zacietrzewieniem. Media lokalne natomiast są coraz bardziej uzależnione od interesów korporacji, w skład których wchodzą, oraz od reklam wykupywanych przez lokalne samorządy i spółki od nich zależne. A także od dominujących inwestorów w miejskiej przestrzeni (np. deweloperów).

Wyraźnie brakuje zatem rzeczowej i niezależnej dyskusji o kwestiach miejskich w Polsce. Tę lukę, w dużej mierze także dzięki rewolucji internetowej, zaczęły wypełniać ruchy miejskie. Obecnie wyrastają one na głównych krytyków złych działań samorządów lokalnych, ale także kreatorów alternatywnych polityk miejskich. Środowiska ruchów miejskich wypełniają rolę czwartej władzy także dlatego, że w zakresie problematyki miejskiej dysponują większą wiedzą i doświadczeniem niż środowisko dziennikarskie. Czwarta władza w miastach leży dziś na ulicy, a ruchy miejskie zdecydowały się ją podnieść.

Aktywiści skupieni wokół KRM udowodnili, że ruch miejski w Polsce ma już bardzo silne podstawy i w przyszłości będzie odgrywać coraz większą rolę. Na łódzkim Kongresie zabrakło jednak dyskusji o istocie ruchu miejskiego. Uczestnicy byli pochłonięci rozwiązywaniem konkretnych spraw w ramach grup roboczych, co przy napiętym programie nie pozwoliło na bardziej generalną dyskusję na temat istoty tego ruchu. Uważam, że dla przyszłości Kongresu to bardzo ważna kwestia, z którą aktywiści miejscy będą się musieli zmierzyć.

Termin „ruch miejski” przypomina dziś tzw. pojęcie worek, do którego można wrzucić każde działania odbywające się w przestrzeni miasta. W naszych miastach dzieje się bardzo dużo, co nie znaczy, że wszystkie te działania mają charakter ruchów społecznych dążących do reformowania wadliwych struktur. Masowe media, szczególnie zainteresowane nowymi trendami, odnotowały już miejskie ożywienie w Polsce. Problem jednak w tym, że te medialne, uproszczone przekazy, kształtują mocno zafałszowany obraz miejskiej aktywności. Zgodnie z tym przekazem pierwszoplanowymi aktorami na miejskiej scenie stają się ci, którzy są najbardziej medialni (wyraziści i kontrowersyjni), co sprawia, że na głównych „aktywistów miejskich” wyrastają: wojownicy NIMBY i „hipsterscy kliktywiści”.

Ponadto problemem stają się tzw. NGO „grantowe”, których jedynym sensem istnienia jest przyciąganie i realizowanie grantów właśnie. Coraz częściej działalność takich NGO ukierunkowana jest na miasto, a jedynym skutkiem ich aktywności jest alienacja języka charakterystycznego dla ruchów miejskich. Takie pojęcia jak uspołecznianie miasta, partycypacja społeczna, przeciwdziałanie wykluczeniu, rewitalizacja, zrównoważony rozwój itp., ważne są dla nich tylko jako keywords wykorzystywane przy pisaniu wniosków. Później liczy się już tylko właściwe rozliczenie finansowe grantu.

Niestety, ale wszystko to sprzyja kształtowaniu się stereotypu, który ma niewiele wspólnego z prawdziwym miejskim aktywizmem, a który może wpływać na postrzeganie KRM. Dlatego dobrze będzie, jeśli to sami uczestnicy dokonają autorefleksji na swój temat, wysyłając czytelny komunikat, swoistą autodefinicję tego, czym jest ruch miejski w Polsce. Jeśli tego zabraknie, istnieje ryzyko, że KRM może okazać się ofiarą własnego sukcesu. Im większy sukces odnosić będzie Kongres Ruchów Miejskich, tym więcej będzie się o tym mówić i pisać, mimowolnie powielając wspomniany stereotyp.