Newsletter

Przyspieszone wybory w Izraelu

Paulina Biernacka, 17.10.2012
Dzięki reelekcji Netanjahu otrzymałby mandat na realizację dotychczasowych działań: wojowniczej postawy wobec Iranu, przedłużania status quo w kwestii palestyńskiej czy też dalszego pogarszania relacji z USA

Strona 1

Dzięki reelekcji Netanjahu otrzymałby mandat na realizację dotychczasowych działań: wojowniczej postawy wobec Iranu, przedłużania status quo w kwestii palestyńskiej czy też dalszego pogarszania relacji z USA

Premier Izraela Benjamin Netanjahu stwierdził, że jego koalicyjny rząd nie jest w stanie dojść do porozumienia w sprawie przyszłorocznego budżetu państwa. Dlatego też postanowił zarządzić przyspieszone wybory tak szybko jak to możliwe. Kwestia budżetu wydaje się być jednak tylko pretekstem. Benjamin Netanjahu dawno nie miał tak wysokiego poparcia społeczeństwa. Jego partia – prawicowy Likud – typowana jest na pewnego zwycięzcę wyborów parlamentarnych.

Przyspieszone wybory

22 stycznia Izraelczycy poznają skład XIX Knesetu – parlamentu Izraela. Najnowsze sondaże potwierdzają przypuszczenia ekspertów i oczekiwania głównego rozgrywającego na scenie politycznej: Benjamin Netanjahu nie ma konkurenta, który mógłby zagrozić jego pozycji. Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi na zlecenie dzienników „Haaretz” i „Maariv”, Likud ma zdobyć ok. 29 miejsc w 120 osobowym Knesecie. Drugie miejsce w sondażach zajmuje lewicowa Partia Pracy. Szacuje się, że zdobędzie ona 17-19 miejsc w parlamencie.

Izraelczycy uważają, że o ile wybory są nieuniknione, niewiele zmienią w polityce państwa żydowskiego. Nikt nie oczekuje żadnych spektakularnych zmian w środowisku politycznym, ponieważ obywatele Izraela nie widzą żadnej alternatywy dla obecnego premiera. Czy jednak będzie aż tak nudno i przewidywalnie, jak to opisują media? Do wyborów pozostały trzy miesiące, a w izraelskich czy też bliskowschodnich warunkach to szmat czasu i wiele może się jeszcze wydarzyć.

Sama decyzja Netanjahu o ogłoszeniu przyspieszonych wyborów (dziewięć miesięcy przed planowanymi) wydaje się być sprytnym manewrem, który ma przynieść premierowi łatwe i szybkie zwycięstwo. „Bibiemu” udało się utrzymać stabilną koalicję przez cztery lata rządów, co w izraelskich warunkach jest bardzo rzadkim przypadkiem. Dzięki reelekcji Netanjahu otrzymałby nowy mandat społeczeństwa na realizację dotychczasowych działań: ostrej, wojowniczej postawy wobec Iranu, przedłużania status quo w kwestii palestyńskiej czy też dalszego pogarszania relacji z USA, jeśli prezydent Obama również pozostanie na stanowisku.

Specyfika parlamentaryzmu izraelskiego daje premierowi prawo do decydowania o terminie wyborów. O ile prace Knesetu są rozpisane na cztery lata, przywódcy aktualnie rządzący krajem wolą skracać ten okres, samemu ustalając termin wyborów na korzystniejszy dla siebie. A tym samym mieć przewagę nad konkurentami już na starcie kampanii.

Benjamin Netanjahu podjął decyzję o zarządzeniu przyspieszonych wyborów już w maju. Wówczas to jednak, chwilę przed tym, kiedy parlament miał się rozwiązać, Netanjahu porozumiał się z przywódcą centrowej partii Kadima, Shaulem Mofazem, który wprowadził swoją partię do koalicyjnego rządu tzw. jedności narodowej. Rząd przetrwał dwa miesiące, a plan przyspieszonych wyborów powrócił na tapetę zaraz po rozpadzie koalicji.

Prawdziwe powody wyborów

Brak możliwości ustanowienia budżetu na przyszły rok to oficjalny powód, dla którego premier zdecydował się na wybory. Izrael, podobnie jak wiele państw zachodnich, zmaga się obecnie z kryzysem gospodarczym. Przyszłoroczny budżet musi zawierać wiele niepopularnych rozwiązań, które – jeśli Netanjahu chciałby rządzić do końca kadencji – mogłyby mu odebrać wielu zwolenników na kilka miesięcy przed wyborami. Dlatego też „Bibi” nawet nie starał się porozumieć z koalicjantami w kwestii budżetu, odkładając ten problem na czas powyborczy. Sam premier uważa, że nowi koalicjanci, aby móc dzielić się z nim władzą, będą musieli podporządkować się jego woli. Oznacza to, że nie będzie musiał toczyć z nimi tak zażartych batalii, jakie czekałyby go obecnie.

Kolejnym, znacznie bardziej krępującym dla obecnego premiera powodem pośpiechu do wyborczej urny jest obawa przed powrotem do polityki największego – i właściwie jedynego poważnego konkurenta Netanjahu – byłego premiera Izraela Ehuda Olmerta. Reprezentujący centrową Kadimę Olmert został odsunięty od władzy w 2008 roku po aferze korupcyjnej. Zarzucono mu wówczas przyjęcie łapówki. W lipcu sąd uniewinnił byłego premiera od zarzutów przyjęcia pieniędzy. Został on jednak skazany za naruszenie zaufania przy przyznawaniu państwowych subwencji firmom powiązanym z jego bliskim znajomym.

Czy Olmert wróci?

Całe centrum sceny politycznej oczekuje powrotu Olmerta do gry. Tylko on byłby w stanie zawalczyć z Netanjahu o fotel premiera i zjednoczyć podzieloną obecnie i pozbawioną lidera centrolewicę. Sondaże opublikowane w piątek przez dziennik „The Jerusalem Post” podają, że Likud mógłby zostać pokonany w wyborach przez nowo powstałą „multipartię” pod przywództwem Ehuda Olmerta, w skład której weszliby tacy politycy jak Tzipi Livni, Shaul Mofaz oraz Yair Lapid.

Tzipi Livni odeszła z polityki po tym, jak na stanowisku lidera Kadimy zastąpił ją Mofaz. Jej powrót do polityki jest jednak nieunikniony. Yair Lapid, były aktor i prezenter telewizyjny, jest przywódcą nowo powstałej centroprawicowej partii Yesh Atid. Politycy Likudu uważają, że jedyne, co łączy tych polityków, to nienawiść do Netanjahu. Jednak na samej nienawiści nie uda im się zdobyć publicznego zaufania. Złośliwe komentarze pod adresem tych polityków świadczą jednak o tym, że prawica trochę obawia się porażki. Zwłaszcza z Olmertem.