Newsletter

Wybory w cieniu wyborów

Kazimierz Bem, 12.10.2012
Zapewne po raz pierwszy w USA zobaczymy zalegalizowanie małżeństw jednopłciowych w drodze referendum

Marlborough, 11 października 2012

Wieczorem, podobnie jak miliony Amerykanów, usiadłem przed telewizorem, by oglądać debatę wiceprezydentów. O małym znaczeniu osoby wiceprezydenta już pisałem. Wszyscy jednak oczekiwaliśmy z niecierpliwością, czy znanemu z niewyparzonego języka Joe Bidenowi uda się rozgromić kandydata republikanów Paula Ryana.

Debata – w przeciwieństwie do tej sprzed tygodnia – była bardzo ciekawa. Moderatorka była znakomita, zadawała dobre pytania i panowała nad dyskutantami, którym udało się kilka stwierdzeń. Nawiązując do niewyparzonego języka wiceprezydenta, Paul Ryan stwierdził „czasami mówimy coś w ten sposób, że nam nie wychodzi, tak jakbyśmy chcieli – na pewno wiceprezydent się tutaj ze mną zgodzi”, wywołując salwy śmiechu widowni i samego Bidena. Biden w pewnym momencie, nawiązując do wypowiedzi Ryana, sarkastycznie zapytał: „Co, teraz jesteś Johnem Kennedym?”, ponownie wywołując radość widowni.

Obaj kandydaci wypadli dobrze, choć komentatorzy podkreślają, że to Biden był w swoim żywiole, i to on jest zwycięzcą tej debaty. Zupełnie na marginesie dodam, że o poziomie demokracji w USA świadczy fakt, że kandydaci sobie nie przerywali, ani nie próbowali się zakrzyczeć.

Ale ten list jest o czymś innym. O wyborach w cieniu „tego wielkiego”.

W przeciwieństwie do poprzednich kampanii bardzo dobrze wyglądają sprawy małżeństw jednopłciowych. Najprawdopodobniej sporą większością głosów zalegalizują je mieszkańcy stanu Maine, Waszyngton oraz minimalną większością wyborcy w stanie Maryland. Tylko w Minnesocie sytuacja nie jest jasna: być może tam poprawka do stanowej konstytucji definiująca małżeństwo jako związek jednego mężczyzny i jednej kobiety, przejdzie minimalną większością głosów. Za nią opowiada się Kościół katolicki i mormoński, choć zawzięcie zwalczają ją Kościoły reformowany (UCC) i luterański ELCA, największy w tym stanie. Byłoby to jednak ostatnie zwycięstwo homofobii w USA. Tak czy inaczej, zapewne po raz pierwszy w USA zobaczymy zalegalizowanie małżeństw jednopłciowych w drodze referendum.

W cieniu wyborów prezydenckich w USA trwa zacięta walka o miejsca w Senacie. Stawka jest nie byle jaka: gdyby republikanom udało się uzyskać większość w Senacie, zapewne sparaliżowaliby pracę administracji Obamy. I nie tylko.

W amerykańskim Sądzie Najwyższym głosy rozkładają się mniej więcej równo – czterech liberałów, czterech konserwatystów i jeden umiarkowany konserwatysta. Jednak aż czterech z dziewięciu sędziów to osoby mające powyżej 70 lat. Jest tajemnicą poliszynela, że sędziowie Scalia i Thomas, konserwatywni ultrasi wolą paść trupem, dosłownie, niż zrezygnować za kadencji prezydenta demokraty. Chyba, że republikanie będą w stanie zablokować nominację liberalnego sędziego. Zwycięstwo Romneya i przejęcie Senatu dawałoby im szansę na zastąpienie dwóch liberałów kolejnym ultrasem i w ten sposób zdelegalizowanie aborcji.

Demokraci od ponad tygodnia intensywnie ostrzegają kobiety, że głos na Romneya albo na republikanów skończy się delegalizacją aborcji. Gdy Romney próbował po raz kolejny zmienić zdanie w tej kwestii, zdystansował się od niego jego własny sztab. Dziś wieczorem Paul Ryan wyraźnie uniknął odpowiedzi, czy jego administracja oznaczać będzie delegalizację aborcji w USA. Odpowiedź jest oczywista, ale kosztowałaby go głosy kobiet.

Aborcja i głosy kobiet zadecydują zatem o losie wielu senatorów. W Missouri republikanin Todd Akin zapewne zostanie pokonany przez demokratyczną kandydatkę. Akin zasłynął wypowiedzią, że zgwałcone kobiety nie zachodzą w ciążę, bo mają wbudowany „naturalny mechanizm, który pozwala im włączyć i wyłączyć zapłodnienie”. Jego poglądy są tak radykalne, że nawet republikanie się od niego dystansują.

W stanie Massachusetts umiarkowany republikanin Scott Brown zaczął przegrywać, gdy powiedział, że wzorem dobrego sędziego jest dla niego sędzia Scalia, który marzy o delegalizacji aborcji. Od tego czasu regularnie traci w sondażach, szczególnie, że okazało się, że głosował przeciw nominacji sędzi Eleny Kagan do Sądu Najwyższego. W stanie Wirginia szanse na fotel senatorski ma demokrata Tim Kaine, po tym jak stanowi republikanie uchwalili prawo, by na kobietach chcących dokonać legalnej aborcji wymuszać dopochwowe USG. W republikańskiej Arizonie o zachowanie swojego fotela walczy republikanin, przeciwko któremu stanął Latynos, co – biorąc pod uwagę uchwalone przez republikanów drakońskie prawo antyimigracyjne – zapowiada zaciętą walkę.

We wszystkich tych stanach republikanie na kampanię swoich kandydatów wydają dziesiątki milionów dolarów, często na samych kandydatów wystawiając milionerów. Jednak wszystko wskazuje, że demokraci utrzymają większość 53 senatorów i do tego dojdzie 1 niezależny.

Stawki są wielkie, naprawdę bardzo duże.