Newsletter

Jaka reklama w jakiej przestrzeni?

Marcin Święcicki, 12.10.2012
Kiedy w latach 90-tych jechało się przez mniejsze miejscowości, widziało się morze reklam i plansz. Traktowano to jako ewidentny przykład siły prywatnej inicjatywy i przedsiębiorczości

Strona 1

Kiedy w latach 90-tych jechało się przez mniejsze miejscowości, widziało się morze reklam i plansz. Traktowano to jako ewidentny przykład siły prywatnej inicjatywy i przedsiębiorczości – z byłym prezydentem Warszawy Marcinem Święcickim rozmawia Aleksandra Kaniewska

Aleksandra Kaniewska: Przed wakacjami składał pan poseł interpelację w sprawie reklam w przestrzeni publicznej Warszawy, m.in. do Ministerstwa Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej. Czy kwestie estetyki i ładu przestrzennego są w ogóle w Polsce uregulowane?

Marcin Święcicki: Są uregulowane, ale w sposób nieszczelny. Prawo budowlane ogranicza możliwości rozprzestrzeniania reklam tylko z punktu widzenia technologii budowlanych czy przepisów, które stanowią, że np. nie można zasłaniać okien. Ale ilość i wielkość reklam w przestrzeni publicznej już nie są regulowane. A przecież nie wszystko jest obiektem budowlanym. Po polskich ulicach jeżdżą samochody oklejone reklamami, na parkingach stoją przyczepy pełne plakatów. Prawo budowlane nie obejmuje całego planktonu reklamowego. Wprawdzie w planach zagospodarowania przestrzennego można tworzyć rejony zabytkowe wolne od reklam, ale taki sposób organizowania tych ostatnich jest często niepraktyczny.

Brakuje całościowej wizji rozwoju estetycznego miast. W Paryżu jest tylko około 1,8 tys. billboardów wielkoformatowych, w Warszawie mówi się o 20 tysiącach. W internecie są już żartobliwe zdjęcia porównujące Warszawę do Bombaju…

Rzeczywiście, kwestie estetyki miejskiej są ciągle jeszcze u nas niedoceniane. Plan zagospodarowania przestrzennego nie jest w stanie ich uchwycić, bo w prawie nie istnieją odpowiednie definicje reklamy albo publicznej przestrzeni wizualnej. A ta obejmuje też tereny prywatne, bo zza prywatnych parkanów wystają reklamy, które zaśmiecają nam widok. A ten widok to właśnie wspólna przestrzeń.

Problemem jest też egzekwowanie przepisów – na przykład nie wolno na budynkach mieszkalnych zasłaniać okien, ale jak jest remont, siatka ochronna może mieć nadruki. I najczęściej je posiada. Wtedy z remontu zaczyna się robić fikcję – przeciąga się go w czasie albo zawiesza reklamę na całym budynku, choć remontuje się tylko fragment. A żyjemy w czasach, kiedy Polacy naprawdę zaczynają przywiązywać wagę do estetyki swojego otoczenia.

Cofnijmy się do połowy lat 90-tych, kiedy był pan prezydentem Warszawy. Wtedy kwestiami miejskimi rządziły inne priorytety i wizja rozwoju. Problemy doraźne – transport miejski czy budownictwo – były ważniejsze niż estetyka.

Na samym początku lat 90-tych cała Polska zachłysnęła się wolnością i kapitalizmem. Pamiętam, że kiedy jechało się przez mniejsze miejscowości, widziało się morze reklam i plansz. Traktowano to jako ewidentny przykład siły prywatnej inicjatywy i przedsiębiorczości. Ale mieliśmy też świadomość, że potrzebny jest plan zagospodarowania przestrzennego, chroniący obszary zabytkowe przed nadmiarem reklam. I dlatego np. wprowadziliśmy przepis miejski, który zmieniał tablice z nazwami ulic w obrębie Starego Miasta.

Po co?

Uważałem, że oznakowania ulic powinny bardziej odpowiadać historii i zabytkowej estetyce miasta. I z biegiem czasu aspekt estetyczny zaczynał zyskiwać na znaczeniu. Nie jest tak, że w latach 90-tych w ogóle nie myśleliśmy o estetyce miejskiej. Na przykład mosty Siekierkowski i Świętokrzyski są wiszące, dlatego że takich mostów w Warszawie nie było i one dodają miastu uroku. Za mojej kadencji pięknie odremontowano Nowy Świat, a moja następczyni z Krakowskiego Przedmieścia uczyniła salon Warszawy.

Dziś jest już coraz więcej organizacji pozarządowych czy ruchów miejskich, które twierdzą, że polskie miasta rozwijają się zbyt chaotycznie.

Rzeczywiście, stowarzyszenie „Miasto Moje a w Nim” wydało bardzo ciekawy album „Polski Outdoor”, który obrazowo pokazuje, jak wygląda nasza polska miejska rzeczywistość. Sam byłem zdziwiony, kiedy obejrzałem te okropne zdjęcia.

A może tam, gdzie nie ma jeszcze wyznaczonych standardów, potrzeba rozwiązań w stylu São Paulo? Wpierw zabronić reklam i mocno uregulować sposób wykorzystywania przestrzeni publicznej?

Na pewno należy ograniczyć obecny chaos i wielopodmiotowość. Być może niekoniecznie idąc drogą São Paulo, ale Paryża czy Londynu. Czyli dając więcej instrumentów przede wszystkim samorządom. Troska o ład lokalny powinna być zgodna z zasadą pomocniczości, wedle której decyzje są podejmowane na najniższym możliwym szczeblu. I być może pojawią się i u nas miasta, gdzie ludzie powiedzą, że nie chcą w ogóle reklam w przestrzeni publicznej.

Po wprowadzeniu dość drastycznych rozwiązań w São Paulo aż 70 proc. mieszkańców jest z nich zadowolonych. Rynek reklamowy wcale aż tak nie ucierpiał, bo gdy firmy reklamowe zorientowały się, że nie mogą wykorzystywać billboardów, zaczęły myśleć o alternatywnych formach reklamy.

Na pewno warto przeanalizować te doświadczenia, ale wprowadzanie ich zostawić szczeblowi lokalnemu. Wyposażyć go w instrumenty, które mógłby zastosować. A te z kolei powinny być prostsze niż plan zagospodarowania przestrzennego, bo jest to procedura rozbudowana i zajmująca dużo czasu. Ja bym zaczął od definicji publicznej przestrzeni wizualnej.