Newsletter

Europa musi nadążać za światem

Colin Crouch, 11.10.2012
Alternatywą dla UE nie jest „powrót” do narodowej niezależności, ale podległość gospodarce światowej, zdominowanej przez cudze sieci – spoza Europy i poza jej zasięgiem

Strona 1

Alternatywą dla UE nie jest „powrót” do narodowej niezależności, ale podległość gospodarce światowej, zdominowanej przez cudze sieci – spoza Europy i poza jej zasięgiem

Zasadnicze pytanie pozostaje takie samo, jak podczas pierwszych debat o integracji europejskiej przed sześćdziesięcioma laty, choć jego kontekst uległ całkowitemu przeobrażeniu. To pytanie brzmi następująco: jak wiele suwerenności są gotowe poświęcić państwa narodowe, aby utworzyć silniejszą, zjednoczoną Europę?

Gdy nie liczy się jakość

Pierwotny kontekst tego pytania stanowiła chęć uniknięcia wojny między europejskimi nacjami. Dziś jest nim rola, jaką Europa będzie odgrywać w świecie coraz bardziej zdominowanym przez gospodarki znacznie większe od nawet największego, pojedynczego państwa europejskiego. To, że Stany Zjednoczone i Japonia są takimi gospodarkami, uznawaliśmy przez wiele lat za oczywiste. Ale teraz dołączają do nich Chiny i Rosja, a być może także Indie i Brazylia. Przybierając taki punkt widzenia, europejscy politycy wybrali osobliwy moment na ucieczkę od pogłębiającej się integracji, która w systemie globalnym umieszcza Europę jako odrębny podmiot i pierwszorzędnego gracza. Integracji, która postępowała tak dobrze.

Wytłumaczenie, dlaczego dominacja dużych gospodarek ma znaczenie, można znaleźć w mało znanej koncepcji ekonomicznej, zazwyczaj przykładanej nie do państw, lecz przedsiębiorstw. Chodzi tu o zjawisko efektów sieciowych (network externalities – jg). Wyobraźmy sobie dwie firmy. Obie opracowują nowy, podobny produkt. Ale jedna z nich dodatkowo dysponuje niemalże monopolistyczną siecią dystrybucji rozważanego produktu. Wyrób drugiej firmy nie ma najmniejszych szans na sukces rynkowy, nawet jeśli jest on lepszy, ponieważ ciężko będzie go sprzedawać. Bycie właścicielem sieci – ów efekt sieciowy – jest ważniejszy od jakości produktu.

A teraz przenieśmy to rozumowanie na poziom krajów. Stany Zjednoczone posiadają ogromne przewagi w zakresie efektów sieciowych. Dolar to jedyna globalna waluta, zaś język angielski to jedyny globalny język. Siła militarna Ameryki może być użyta niemalże w każdym zakątku świata. Jej masowe produkty kulturalne są uznane, wszędzie kształtując modę i gusty. Korporacje, znajdujące się w sercu jej sektora finansowego, ustalają standardy, według których funkcjonują światowe systemy rachunkowości. Trzy nowojorskie, finansowe agencje ratingowe stały się potężną, prywatną formą regulacji rządów i stosują kryteria ukształtowane w zgodzie z punktem widzenia Ameryki.

Nie ma znaczenia, czy produkty tego systemu są lepsze czy gorsze od tych pochodzących z innych miejsc – przewaga amerykańskiej sieci zapewnia im sukces. Tę lekcję boleśnie odrobiliśmy w roku 2008, gdy zdominowane przez Stany Zjednoczone rynki finansowe zaiste okazały się bardzo złymi produktami. Ale musimy się z nimi pogodzić, chyba że amerykański rząd sam zdecyduje się zmienić reguły gry. Pojedyncze państwa narodowe w Europie – czy gdziekolwiek indziej – oczywiście nie mają szans ich podważenia.

Globalny regulator nieobecny

Gdy korporacje czerpią korzyści z nadmiernej dominacji sieciowej, wówczas nasze spojrzenia i oczekiwania odnośnie środków zaradczych zwracamy w stronę władz odpowiedzialnych za ochronę konkurencji. Tyle że odpowiednika takich władz nie ma na poziomie globalnego ustroju. Stąd nasz wzrok kierujemy zamiast tego na rozwój alternatywnych sieci, aby był między nimi wybór i żeby żadna z nich nie dominowała. Unia Europejska nie zrodziła się jako sieć potencjalnie konkurencyjna wobec Stanów Zjednoczonych, bo w czasie tworzenia jej zrębów Europejczycy byli mocno zależni od amerykańskiego wsparcia wojskowego i gospodarczego, a jednocześnie wdzięczni za jego udzielenie. Tylko nieliczni, być może z wyjątkiem Francji, dostrzegali możliwe konsekwencje tej dorozumianej akceptacji dominującej pozycji amerykańskiej sieci.

Przez lata, i w sporej mierze nieumyślnie, Unia sama wykształciła ważne sieci globalne, szczególnie w obszarze polityki konkurencji i ustalania standardów, ale wciąż pozostaje młodszym partnerem. Co więcej, realny jest scenariusz, że powstaną nowe sieci – wsparte na wzrastających potęgach gospodarczych, które są w stanie szybciej powiększać swój potencjał, ponieważ startują jako już istniejące podmioty polityczne. Mogą one wkrótce prześcignąć znakomite postępy, jakie osiągnęli Europejczycy.

Niedokończony projekt

Wspólna europejska waluta to wielki krok w kierunku wypracowania europejskiej sieci globalnej i jednocześnie przykład poświęcenia narodowej autonomii, które stanowi konieczną cenę za bycie częścią globalnie efektywnej Europy. Niemniej, zakresu wymaganego poświęcenia w pierwotnym traktacie nie dość oszacowano, ponieważ rządy chętnie uwierzyły w nazbyt uproszczoną ekonomię, według której całe zadanie Europejskiego Banku Centralnego (EBC) miało sprowadzać się do czuwania nad ogólnoeuropejskimi agregatami monetarnymi. Wielu obserwatorów wskazywało, że takie podejście było nieadekwatne i że prędzej czy później trzeba będzie wprowadzić bardziej drobiazgowy nadzór nad poczynaniami budżetowymi poszczególnych państw. Teraz przyszedł czas, aby stanąć przed tą decyzją.

Nie oznacza to, że EBC powinien wszędzie narzucić programy oszczędnościowe. Naszym głównym fiskalnym i monetarnym wyzwaniem nie jest dzisiaj unikanie inflacji czy kontrola wydatków publicznych tout court. Chodzi o to, jak wydatki publiczne i system państwa dobrobytu są wykorzystywane. Czy istnieją tylko po to, aby zaspokajać różne społeczne i polityczne żądania, czy też może służą wsparciu gospodarczego i społecznego rozwoju – czemuś, co europejscy specjaliści ds. polityki socjalnej nazywają dziś „inwestującym społecznie państwem dobrobytu”?