Newsletter

Będą szeptać po kątach

Artur Madaliński, 09.10.2012
Nagrodę wziął pisarz, który swoje rzemiosło opanował do perfekcji, który jest w stanie tak zakręcić piórem, że tekst o praniu skarpet będzie doskonałą literaturą

1. Wiadomo, że jak by nie wybrali – będzie źle. Taki los jurorów nagród literackich, konflikt tragiczny mają wpisany w zakres obowiązków. Weźmy taką Nike. „Bezpowrotnie utracona leworęczność” Pilcha gorsza była od „Pod mocnym aniołem”? „Gra na wielu bębenkach” Olgi Tokarczuk naprawdę słabsza od „Biegunów”? „Paw królowej” na pewno lepiej od „Wojny polsko-ruskiej pod flagą białą-czerwoną” przez Masłowską napisany? Oględnie mówiąc – pewien nie jestem. Które książki zostały nagrodzone – dodawać nie muszę.

2. Marek Bieńczyk, laureat Nike 2012, napisał przed laty dwie powieści, z których jedna – „Terminal” (1994) – jest wybitna, druga – „Tworki” (1999) – co najmniej bardzo dobra. Oprócz tego pisarz jest twórcą znakomitych esejów o melancholii i przezroczystości.

Odważna hipoteza, że gdyby w 1995 roku Nagroda Nike istniała, jurorzy daliby ją autorowi „Terminalu”, owszem, może być w jakichś teoretycznych dywagacjach rozwijana, ale jest co najmniej ryzykowna. „Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty” – tekst absolutnie dla melanchologii nadwiślańskiej kanoniczny – dochrapał się ledwie nominacji (w finałowej siódemce go nie było), „Przezroczystość”, jeden z najlepszych rodzimych esejów ostatniej dekady, do nagrody nominowany nie był wcale.

3. Być może każdy z tych tekstów bardziej zasługiwał na Nike niż „Książka twarzy”, ale niedzielny werdykt jurorów wcale mnie nie zmartwił. Nagrodę wziął bowiem pisarz, który swoje rzemiosło opanował do perfekcji, który – zapewne jako jedyny dzisiaj w Polsce – jest w stanie tak zakręcić piórem, że tekst o praniu skarpet będzie doskonałą literaturą.

Tak właśnie jest w „Książce twarzy”, w której szkice o Winnetou i Andre Agassim sąsiadują z wysmakowanymi analizami „Pamiętników” Chateaubrianda. Bieńczyk przełamuje gatunki, błąka się gdzieś pomiędzy klasycznym esejem, powieścią, literaturoznawczym artykułem i brawurową interpretacją. Jest nieuchwytny i subtelny jak – to porównanie jest nieuniknione – plasowane rogale Kazimierza Deyny czy bezczelne dryblingi Messiego. Pytanie, kto na literackiej murawie taką kiwką jak Bieńczyk dzisiaj dysponuje, ociera się o retoryczność.

4. Pod koniec „Przezroczystości” przeczytać można krótki dialog Olgi z narratorem: „No już – powiedziała Olga – daj spokój. Przeczytasz i po wszystkim. – Znowu będzie jak zawsze – mruknąłem. – Co to, psiakrew, jest, będą szeptać po kątach, co to jest, referat nie referat, nigdy nie wiadomo”. Otóż, powiedziałbym chętnie: niech szeptają. To „nigdy nie wiadomo” jest bowiem jednym z najmocniejszych argumentów za tym, by pisarstwo Bieńczyka uważnie czytać.

Literatura, o której „zawsze wiadomo”, jest zwykle literaturą słabą.