Newsletter

Polska2015: Kraj, z którego się nie emigruje

Aleksandra Kaniewska, 24.09.2013
Każdy ma jakieś marzenie o swoim kraju. Mnie marzy się Polska, na którą się nie narzeka. Kraj, z którego się nie wyjeżdża

Każdy ma jakieś marzenie o swoim kraju. Mnie marzy się Polska, na którą się nie narzeka. Kraj, z którego się nie wyjeżdża

Kiedy w 2007 roku wyjeżdżałam na studia do Wielkiej Brytanii, Polska wciąż jeszcze była w fazie transformacji. Jako młody, zaledwie 3-letni członek Unii Europejskiej, szukaliśmy swojej wizji rozwoju. Jedyną i słuszną drogą była emulacja systemowych i instytucjonalnych rozwiązań zapożyczonych od naszych zachodnich sąsiadów.

Europa Zachodnia stała się dla Polski kompasem – gospodarczym, prawnym, politycznym i społeczno-kulturowym. Przez kilka następnych lat to UE wyznaczała nam kurs rozwoju. Cała energia społeczeństwa skoncentrowała się na doganianiu „normalnego” świata – z demokratycznym naciskiem na wolność i równość, ale i zachwytem dla niekończących się możliwości, jakie ten system oferuje – wolnego i otwartego rynku wewnętrznego, ale i największego państwa opiekuńczego świata.

W 2004 roku otworzyły się dla nas granice tej Europy, o której marzyliśmy od lat. Może nie otworzyły się na oścież, na przejściach granicznych nie witano nas chlebem i solą, i nie rozwinięto nam pod stopami czerwonego dywanu. Wielu Polaków wjeżdżało do Europy w zdartych butach, z zachwytem w oczach i przerażeniem w sercu. Najpierw swoje rynki pracy otworzyły Wielka Brytania, Irlandia i Szwecja. Później uczyniły to Hiszpania, Portugalia, Grecja, Włochy i Holandia. W 2008 roku dołączyła do nich Francja, zaś dopiero w 2011 roku chroniące swoje miejsca pracy przed zdeterminowanymi Polakami Niemcy.

W grudniu 2007 roku nastąpił też bardziej symboliczny „rytuał przejścia”. Po otwarciu granic w Worku Turoszowskim, na styku polsko-czesko-niemieckich granic, Polska stała się częścią strefy Schengen. Z punktu A do punktu B przeszliśmy wzorowo. Dziś polska gospodarka jest szósta w Unii pod względem wielkości PKB, a od 2007 roku jesteśmy uznawani za jedno z najszybciej rozwijających się państw OECD. Te globalne sukcesy przekładają się też na poprawę lokalnych nastrojów. Z badań „Jakość życia Polaków. Philips Index 2012” wynika, że 75 proc. Polaków jest zadowolonych ze swojego życia: pracy, rodziny, państwa.

Czy możemy więc wreszcie odetchnąć z ulgą, że transformacja się zakończyła? Że nie jesteśmy już uboższymi krewnymi Europy Zachodniej? Chyba jeszcze nie. Według wyliczeń Eurostatu w 2010 roku młodzi Polacy wciąż zarabiali 5 razy mniej niż najlepiej uposażeni młodzi Norwegowie (646 do 3410 euro). Jak mówił mi w niedawnej rozmowie francuski filozof Guy Sorman: „Łatwiej jest dogonić resztę, trudniej jest dalej się rozwijać. W Polsce skończyliście prostszą część zmian i poszło wam dużo lepiej niż innym krajom postkomunistycznym. Przed wami jednak wciąż dużo pracy”.

To nie tylko praca nad kształtem polskich instytucji, ale też nad jakością naszego społeczeństwa. Czy wiemy już, gdzie zmierzamy? Czy znamy nie tylko kierunek, ale i cel naszej drogi? W 1989 roku wiedzieliśmy doskonale: demokracja, wolność i kapitalizm. Dzisiaj? Pokolenie urodzone w 1989 roku ma 23 lata, konto na Facebooku, smartfona z dostępem do internetu, który przenosi ich automatycznie do świata demokracji 2.0. To tam młodzi znajdują odpowiedzi na swoje pytania – z pomocą Google’a, Wikipedii, nowoczesnych aplikacji mierzących poziom stresu, zanieczyszczeń i podających automatyczne, szybkie i proste rozwiązania wielu problemów. Ale czy znają odpowiedź na pytanie: „Po co żyjemy”?

I tu moja wizja Polski na najbliższe dziesięć, dwadzieścia lat ulega chwilowemu zatrzymaniu. Bo tak jak pięknie potrafiliśmy wprowadzić strukturalne zmiany, twardą modernizację, która jako tako usprawniła drogi, urzędy, sądy, sklepy i całą konsumencką nadbudowę, tak nasza nowoczesna edukacja jest porażką. I nie mowa tu o samych instytucjach edukacyjnych – o szkołach niższego i wyższego stopnia, ale o nauce w jej życiowo najszerszym kontekście.

W dzisiejszej Polsce nie brak jest talentu, mądrości i kreatywności. Brakuje zaś jednego: transferu wiedzy, międzypokoleniowego dialogu, z którego wytworzyć się może nowa jakość społeczeństwa. Jej esencją jest kapitał społeczny, którego – co podkreśla wielu polskich badaczy – mamy w Polsce bardzo mało. Kapitał, na który składać się powinny: zaufanie i współdziałanie. Bo – jak w jednej ze swoich książek pisze Francis Fukuyama – z tych właśnie cech wspólnot rodzą się dobrobyt i innowacja.

Gdzie szukać w Polsce kapitału społecznego? Wszędzie. Wcześniej trzeba jednak zburzyć archaiczne struktury polskiej szkoły, w której nie brakuje mędrców, menadżerów i liderów opinii, ale ze świecą by szukać prawdziwych mentorów. Idea mentoringu jest tak stara jak grecka cywilizacja. To Mentorowi, przyjacielowi swojego ojca, Odyseusz powierzył opiekę nad żoną, Penelopą i synem, Telemachem. Nauczyciel-mentor to ktoś, kto przekazuje wiedzę i życiowe doświadczenie, prowadzi i inspiruje, pozwala popełniać błędy, ale i pokazuje, jak ich unikać. Spotkałam takich profesorów w Oksfordzie, jesteśmy w mailowym kontakcie do dzisiaj. Nie spotkałam ich niestety w Warszawie.

Nowoczesnego mentoringu brakuje jednak nie tylko w polskich szkołach, ale i w miejscach pracy. Programy stażowe to najczęściej fikcja, z której nie korzysta ani pracodawca, ani stażysta. A młodzi Polacy zaczynający kariery w małych i średnich firmach od pierwszego dnia uczą się sami – z broszur i regulaminów, z internetu czy podglądając starszych. Im sprytniejsi, tym szybciej wdrażają się w świat dorosłych, na własną rękę poznając jego DNA. A szkoda. Bo ucząc się od innych, od mentorów, poznajemy prawdziwą wartość nauki, budujemy relację mistrz-uczeń. I, co ważniejsze, zaciągamy kredyt, który w przyszłości będziemy chcieli spłacić prowadząc młodszych od siebie.

„Demokrację można najkrócej zamknąć w dwóch słowach: nigdy dość” – powiedział niedawno podczas spotkania z młodymi liderami opinii na sopockim EFNI (Europejskie Forum Nowych Idei) francuski filozof-rebeliant Bernard-Henri Lévy. I miał rację. Tę definicję można pięknie parafrazować: bo nigdy dość rozwoju, dialogu, debaty, nadziei, nauczania. Demokracja to ciągłe ulepszanie świata, w którym żyjemy.

Warto być może skorzystać z dawnych i sprawdzonych wzorców z Azji. Japończycy i Koreańczycy filozofię ciągłego dążenia do perfekcji nazywają , czyli drogą, Chińczycy mówią o niej tao. W ramach filozofii drogi mieści się więc wyciąganie wniosków z własnych doświadczeń, ale i zdobywanie nowej wiedzy. To nauka i praktyka w jednym. Ciągły dialog między doświadczonymi i amatorami, mistrzami i uczniami.

Jako społeczeństwo wciąż jesteśmy pod pewnym względem tabula rasa. Rozpięci między Wschodem (historia i tożsamość), a Zachodem (nasze ambicje i aspiracje geopolityczne). Zbyt mali, żeby już być aroganccy, zbyt duzi, żeby spocząć na laurach. Każdy ma jakieś marzenie tyczące swego kraju. Dla jednych to sprawna administracja, szybkie pociągi, równe drogi, dla innych dobre szkoły dla dzieci.

Mnie marzy się Polska, na którą się nie narzeka. Kraj, z którego się nie wyjeżdża. Ale żeby takie miejsce zbudować, potrzeba czegoś więcej niż rynkowej strategii rozwoju, czegoś więcej niż sprzyjający klimat polityczny i gospodarczy. Potrzeba siły społecznego kapitału, który doprowadzi nas tam, gdzie chcemy. Albo przynajmniej bliżej miejsca, gdzie chcielibyśmy być.

*Aleksandra Kaniewska – analityk polityczny ds. Wielkiej Brytanii w Instytucie Obywatelskim, publicystka

Tekst opublikowany na stronie Instytutu Obywatelskiego dn. 04.10.2012 r.