Newsletter

Polska2015: Odbudowa polskiej polityki

Cezary Michalski, 03.10.2012
Odbudowanie polityki opartej na konkurowaniu programów i wizji państwa, a nie na umiejętnie zarządzanych personalnych animozjach jest priorytetem dla Polski

Odbudowanie polityki opartej na konkurowaniu programów i wizji państwa, a nie na umiejętnie zarządzanych personalnych animozjach jest priorytetem dla Polski

Zasadniczym priorytetem na najbliższe lata jest odbudowa polityki polskiej. Odbudowa jej zdolności do odtworzenia aktywnego konsensusu osłaniającego kluczowe cele naszej polityki zagranicznej i wewnętrznej. W pierwszym przypadku chodzi głównie o politykę europejską. W drugim przede wszystkim o zdolność przejścia polskiego państwa i społeczeństwa przez kryzys, zarówno dzięki aktywnym działaniom władzy politycznej w sferze finansów czy polityki gospodarczej państwa, jak też dzięki jej zdolności do obniżania poziomu społecznego napięcia poprzez odbudowę dialogu społecznego, szczególnie na linii rząd-związki zawodowe.

Po roku 2005 po raz pierwszy udało się w Polsce stworzyć stabilny system dwupartyjny, zbudowany jednak wyłącznie na wzajemnej nienawiści i legitymizowany wyłącznie przez – ujmując rzecz symetrycznie – „antykaczyzm” organizujący Platformę Obywatelską i „antytuskizm” organizujący PiS.

Istniała oczywiście i nadal istnieje racjonalność takiej polityki. Jest to jednak racjonalność wyłącznie autoteliczna, stabilizująca pozycję dwóch partii oraz ich liderów, nie generująca natomiast żadnego potencjału decyzyjnego w kwestiach najważniejszych dla państwa. Poza tym, każda metoda polityczna ulega zużyciu. „Antykaczyzm” jest dzisiaj namiętnością zbyt słabą, aby zapewnić Donaldowi Tuskowi sterowność w państwie. Z kolei „antytuskizm” Jarosława Kaczyńskiego – szczególnie w wersji posmoleńskiej – stał się doktryną kompletnie patologiczną i deprawującą zarówno jej twórców, jak też jej wyznawców. Także na poziomie diagnozy sytuacji Polski, jak i w wymiarze dostarczania projektów polityki państwowej. Nie jesteśmy państwem okupowanym w epoce porozbiorowej. Bruksela nie jest stolicą nowego rozbiorowego mocarstwa. Nie mamy też potencjału do prowadzenia „jagiellońskiej polityki wschodniej”.

Z pozoru skrajnie pesymistyczne i skrajnie optymistyczne elementy tej diagnozy są ze sobą sprzeczne, a jednak potrafią występować obok siebie, ściśle ze sobą zmieszane. Np. w klasycznych już wypowiedziach Joachima Brudzińskiego dzisiejsza Polska jest „dziadowskim państwem”, posiadającym jednocześnie łatwy jakoby do uruchomienia (wystarczy w tym celu obalić Tuska) potencjał do prowadzenia „jagiellońskiej polityki wschodniej”.

Każde ogłoszenie „merytorycznego zwrotu” w obrębie tej dwupartyjnej polityki polskiej – „od dziś, zamiast antykaczyzmu, ofensywa legislacyjna” albo „od dziś, zamiast piętnowaniem smoleńskiej zdrady Tuska, zajmujemy się gospodarką” – nie jest traktowane poważnie nawet przez rzucających takie hasła liderów, nie mówiąc już o odbiorcach tego przekazu. Wszak i tak wiadomo, że głównym instrumentem mobilizacji zwolenników obu najsilniejszych partii pozostaje „antytuskizm” oraz „antykaczyzm”.

Odbudowanie polityki opartej na konkurowaniu programów i wizji państwa, a nie na umiejętnie zarządzanych personalnych animozjach jest zatem priorytetem dla Polski. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak by to było możliwe. W przypadku jednak dokonania się takiego cudu, konieczne byłoby wyznaczenie celów politycznych osłanianych nowym politycznym konsensusem – analogicznym do tego, jaki w latach 90-tych osłaniał najważniejsze cele polskiej polityki zagranicznej, a jaki istniał jeszcze w okresie „pomarańczowej rewolucji” czy negocjowania przez rząd Leszka Millera nowego traktatu europejskiego i warunków naszej akcesji do Unii.

Nawet jeśli w granicach takiego konsensusu popełnia się błędy, nie są to błędy niebezpieczne dla samego istnienia wspólnoty politycznej. Tak jak zagrożeniem dla jej istnienia jest zbyt wysoki poziom wewnętrznego konfliktu wymykający się kontroli nawet tych, którzy ten konflikt kiedyś uruchomili w przekonaniu, że potrafią nad nim zapanować.

Taki odzyskany konsensus powinien osłaniać przede wszystkim decyzje polityczne związane z kontynuacją udziału Polski w procesie głębszej integracji europejskiej. Wybór przeze mnie tego priorytetu wynika z przekonania, że Polska nie ma potencjału pozwalającego na prowadzenie samodzielnej polityki gospodarczej, a nawet autonomicznej polityki monetarnej. Żadne państwo średniej wielkości nie ma dzisiaj takiego potencjału.

Można oczywiście używać języka „zielonej wyspy” w celach piarowych – szczególnie w sytuacji, w której PiS i PO konkurują dzisiaj o elektorat głównie prawicowy, wyjątkowo wrażliwy na język „suwerennościowy”. Jednak prawda jest taka, że jeśli chodzi o zasoby naprawdę „suwerenne”, to Polska w okresie kryzysu stała się beneficjentem jedynie swego niedorozwoju. Niedorozwój naszego systemu finansowego sprawił, że nie staliśmy się ofiarą „delewarowania”, które tak silnie uderzyło w niektóre gospodarki europejskie. Polska „zielona wyspa” korzystała też i nadal korzysta z transferów finansowych w obrębie UE, a także z antykryzysowych działań podejmowanych przez najsilniejsze gospodarki strefy euro. Nasza względna stabilność wynika też z faktu bycia przez nas podproducentem i kooperantem najbardziej rozwiniętych gospodarek strefy euro, szczególnie gospodarki niemieckiej. Wyłącznie z tej pozycji wciąż uczestniczymy w międzynarodowym podziale pracy, gdyż sami w otwartej globalizacji byśmy już nie istnieli.

W tej sytuacji udział w procesie pogłębionej integracji europejskiej jest polską racją stanu. A racja stanu powinna być osłaniana maksymalnie szerokim konsensusem wewnętrznych sił politycznych i społecznych. Co oczywiście nie stoi w sprzeczności z obowiązkiem zachowania przez aktualnie rządzących czujności wobec momentów, w których wewnątrz Unii Europejskiej pojawiają się pokusy i mechanizmy eksploatacji unijnych peryferiów przez unijne centra, państw słabszych politycznie i społecznie, do których Polska się bez wątpienia zalicza, przez państwa politycznie i społecznie lepiej zorganizowane i bardziej spoiste. Tak więc konieczne jest zdecydowane i ostrożne negocjowanie parametrów przystąpienia Polski do przyszłej unii bankowej czy do strefy euro. Jednocześnie jednak właściwym horyzontem tych negocjacji musi być dalszy udział Polski w procesie integracji europejskiej, a nie opakowana w pseudonacjonalistyczny język polityczna nieudolność, której konsekwencją byłoby wypchnięcie nas na europejskie peryferia penetrowane dzisiaj intensywnie przez Rosję.

Drugi priorytet to zdolność budowania kapitału społecznego wokół politycznego lidera lub ośrodka władzy. Donald Tusk ma nieco większy potencjał budowania wokół siebie społecznego kapitału niż jego najgroźniejszy i jedyny konkurent Jarosław Kaczyński. Jako lider partii, a później premier, nie wytrzymał co prawda obecności przy sobie Jana Rokity czy nawet Grzegorza Schetyny, ale wciąż znosi obecność w swoim otoczeniu polityków takich jak Vincent Rostowski czy Radosław Sikorski. A zatem polityków nie posiadających własnej pozycji politycznej, ale posiadających pewien kapitał kompetencji czyniący z nich jednak osoby jakoś suwerenne. Podczas gdy Jarosław Kaczyński jako premier obecności przy sobie Radosława Sikorskiego nie był w stanie wytrzymać, a jako lider opozycji wytrzymuje obecność przy sobie co najwyżej polityków formatu Anny Fotygi, Mariusza Błaszczaka czy Beaty Szydło.

Zdolność budowania swojego otoczenia z podmiotowych polityków, zdolność prowadzenia dialogu społecznego z ważnymi podmiotami istniejącymi poza własną partią, zdolność budowania kapitału społecznego – to ważne kryteria realnej siły władzy czy lidera. W Polsce – kraju o wyjątkowo niskim poziomie kapitału społecznego, także kapitału społecznego zaufania – zawsze wiąże się to oczywiście ze sporym ryzykiem. Leszek Miller był w pewnym momencie zdolny do otoczenia się politykami kompetentnymi i w miarę podmiotowymi, takimi jak Borowski, Cimoszewicz czy Belka, którzy jednak później wzięli udział w jego politycznej likwidacji. Miller odważył się też na próbę nawiązania kontaktu z liderami polskiego biznesu, którzy jednak później brali udział w jego dobijaniu wierząc, że można mieć na stanowisku premiera po prostu lobbystę, zamiast silnego polityka pragnącego dialogu ze środowiskami biznesowymi.

Morał z tego doświadczenia może być oczywiście taki – niszczmy wszystkie podmiotowe osoby wokół siebie i izolujmy się od wszelkich kontaktów z elitami gospodarczymi. Jednak siła władzy jest mierzona jej zdolnością do społecznego dialogu i budowania wokół siebie kapitału społecznego. Władza samotna czy władca skarżący się publicznie na swoją samotność (patrz, symptomatyczny wywiad Donalda Tuska dla Tomasza Lisa), nie jest władzą silną. A najważniejszym priorytetem państw takich jak polskie jest odbudowa silnego centrum władzy zapewniającego choćby minimalny poziom sterowności. Szczególnie w trudnych czasach.

*Cezary Michalski – pisarz, publicysta, komentator „Krytyki Politycznej”