Newsletter

Polska2015: Albo Czechy, albo Ukraina

Aleksander Kaczorowski, 01.10.2012
Pełzająca „ukrainizacja” państw regionu, w tym Polski, jest większym i znacznie bardziej realnym zagrożeniem niż mityczna marginalizacja, rozumiana jako pozostawanie poza strefą euro

Pełzająca „ukrainizacja” państw regionu, w tym Polski, jest większym i znacznie bardziej realnym zagrożeniem niż mityczna marginalizacja, rozumiana jako pozostawanie poza strefą euro

Kilka najbliższych lat to z pewnością nie najlepszy czas na snucie romantycznych wizji. Najpoważniejsze wyzwania, z jakimi będziemy musieli się zmierzyć do 2015 roku, to: niekontrolowany wzrost zadłużenia zagranicznego kraju, „ukrainizacja Europy Środkowej” oraz pogłębienie się negatywnych trendów populacyjnych.

Spirala zadłużeniowa

Prof. Stanisław Gomułka przypomniał ostatnio w swym „Liście otwartym do Jarosława Kaczyńskiego”, że Polska wydaje ponad 40 mld złotych rocznie na samą tylko obsługę długu publicznego. To równowartość rocznego budżetu polskiej oświaty.

Według danych Eurostatu dług publiczny Polski wzrósł w relacji do PKB z poziomu 45,7 proc. w 2004 r. do 56,3 proc. w 2011 r. Tymczasem np. dług publiczny Czech wynosi 41 proc. Dzięki temu oprocentowanie czeskich papierów wartościowych należy do najniższych w Europie i jest ponad dwukrotnie niższe niż polskich. Z racji samej tylko różnicy w oprocentowaniu długu przepłacamy w porównaniu z Czechami kilka miliardów złotych rocznie. Stać nas? Bardzo w to wątpię.

Czesi pożyczają pieniądze na rynkach znacznie taniej niż my, pomimo że już od kilku kwartałów zmagają się z recesją. Wzrost gospodarczy, który w Polsce stał się rodzajem bożka, czczonego jako remedium na wszystkie problemy, nie jest bowiem – zwłaszcza w czasach kryzysu – najistotniejszym czynnikiem oceny wypłacalności państw-dłużników. Znacznie ważniejsze są takie wskaźniki jak udział nowoczesnych technologii w produkcji przemysłowej, rozwinięty eksport o zróżnicowanej strukturze towarów i odbiorców, produktywność populacji, zrównoważony budżet czy wreszcie prognozy demograficzne. Czesi biją nas tu na głowę pod każdym względem. Dlatego nawet w okresie wzrostu gospodarczego (którego zasadnicze czynniki, takie jak chłonny rynek wewnętrzny czy fundusze unijne, właśnie się wyczerpują), zadłużaliśmy się znacznie bardziej, a przede wszystkim drożej niż Czesi.

Prof. Gomułka podaje przykłady krajów, które w ciągu kilku ostatnich lat utrzymały na niskim poziomie, bądź znacząco zmniejszyły swoje deficyty budżetowe (Szwecja, Dania, Finlandia, Czechy, Słowacja, Litwa, Łotwa, Estonia, Bułgaria). Warto zauważyć, że tylko w wypadku trzech spośród wymienionych państw konsolidacja budżetów była związana z perspektywą członkostwa w strefie euro (Słowacja, Estonia, Łotwa). Większość wymienionych państw systematycznie odzyskiwała kontrolę nad swymi finansami nie po to, by spełnić kryteria członkostwa w eurozonie, lecz by bezpiecznie funkcjonować poza nią. Lub bez niej.

Powtarzane jak mantra zapewnienia ministra Jacka Rostowskiego, że Polska wejdzie do strefy euro, kiedy strefa będzie na to gotowa, oznacza w gruncie rzeczy tyle, że perspektywa naszego członkostwa w eurozonie jest zbyt odległa, by polski rząd musiał teraz zawracać nią sobie głowę. Jeśli strefa euro przetrwa, w najlepszym razie potrzeba będzie około dziesięciu lat na jej uporządkowanie, ale o tym zadecydują politycy (wyborcy) niemieccy i francuscy. Reszta jest biciem piany.

Polska może natomiast i powinna jednocześnie zwiększyć swój potencjał gospodarczy i zmniejszyć zależność od kredytowania z zagranicy. Celem powinno być osiągnięcie do 2015 roku czeskich wskaźników długu publicznego. Stąd należy ostatecznie zlikwidować Otwarte Fundusze Emerytalne (których utworzenia Czesi szczęśliwie się ustrzegli).

Priorytetem powinny pozostać inwestycje w transport, energetykę i rozwój nowoczesnych technologii. Nie wszystkie projekty inwestycyjne znajdują uzasadnienie w rachunku ekonomicznym. Nazbyt kosztownym i zbędnym przedsięwzięciem jest budowa elektrowni atomowej. Co gorsza, zamiast zmniejszyć, zwiększy ona tylko nasze uzależnienie od czynników zewnętrznych (kwestia źródeł kredytowania, pochodzenia technologii, dostaw paliwa jądrowego itp.). Należy z niej zrezygnować.

Ukrainizacja Europy Środkowej

Nasze ewentualne członkostwo w strefie euro bywa traktowane jako remedium na grożące nam wykluczenie z procesów integracyjnych, sposób na uniknięcie marginalizacji politycznej naszego kraju. To groźne nieporozumienie. Nasza marginalizacja w razie przetrwania strefy euro jest nieunikniona, ale w sumie mniej kosztowna niż niepewność, jaka stałaby się naszym udziałem w razie rozpadu tzw. projektu europejskiego.

W obydwu przypadkach będziemy doświadczać groźnych zjawisk, charakterystycznych dla wszystkich nowych państw członkowskich UE (a także części „starych”), takich jak: zakwestionowanie prozachodniej orientacji kraju (zwłaszcza w kontekście spodziewanych przewag rozwoju stosunków handlowych z Chinami); wzrost znaczenia rodzimych grup biznesowych (oligarchii) kształtujących politykę gospodarczą i inwestycyjną państwa zgodnie z własnym, partykularnym interesem. Ponadto: delegitymizacja władzy politycznej, związana z uzasadnionymi bądź nieuzasadnionymi oskarżeniami o nieudolność, nepotyzm i korupcję; demobilizacja polityczna obywateli, którzy w większości odmawiają uczestniczenia w wyborach i coraz częściej – w skali, która zagraża bezpieczeństwu demograficznemu państwa – decydują się na trwałą emigrację.

Wymienione zjawiska występują w rozmaitym natężeniu we wszystkich krajach regionu, od Czech po Bułgarię. Ponieważ jednak ich kwintesencję i szczególnie rozwinięte formy patologiczne obserwujemy na Ukrainie, państwie niepodległym i formalnie uznawanym za demokratyczne, używam określenia „ukrainizacja Europy Środkowej”. W mojej ocenie pełzająca „ukrainizacja” państw regionu, w tym Polski, jest większym i znacznie bardziej realnym zagrożeniem niż mityczna marginalizacja, rozumiana jako pozostawanie poza strefą euro.

Przeciwdziałanie tym niebezpiecznym tendencjom wymaga wzmocnienia roli państwa i usprawnienia funkcjonowania instytucji o kluczowym znaczeniu dla jego bezpieczeństwa. W stosunkach międzynarodowych partnerem o zasadniczym znaczeniu pozostaną Stany Zjednoczone. Niemcy są naszym najważniejszym partnerem w Europie, ale właśnie dlatego, że są i chcą pozostać państwem par excellence europejskim – to znaczy niezbędnym dla przetrwania projektu europejskiego – nie powinniśmy wyobrażać sobie, że obecnie możemy być dla nich partnerem o priorytetowym znaczeniu.

Polska może zwiększyć swoją wagę na arenie międzynarodowej, przede wszystkim w Unii Europejskiej, aktywnie uczestnicząc we wszelkich inicjatywach podnoszących potencjał gospodarczy, obronny i polityczny Europy Środkowej. Stabilizacja i rozwój tego regionu powinny być naszym jasno definiowanym celem.

Pułapka demograficzna

Wszystkie bez wyjątku państwa Europy Środkowej, włącznie z Niemcami, mają złe lub katastrofalne perspektywy demograficzne. Dane na ten temat są ogólnie dostępne, podobnie jak sprawdzone recepty (polityka prorodzinna – model francuski; imigracja – model francuski i brytyjski; w przypadku niektórych krajów, np. Polski i Węgier, możliwe są również repatriacje – model niemiecki lub izraelski).

Dlatego w tym miejscu poprzestanę na przypomnieniu, że według szacunków prof. Krystyny Iglickiej przy utrzymaniu obecnych trendów demograficznych w 2050 roku całkowita liczba ludności Polski, Czech, Słowacji i Węgier może zmaleć nawet o 12 milionów (obecnie wynosi 62 mln). To jest prawdziwie realna perspektywa marginalizacji.

Niestety, ani w Polsce, ani w pozostałych krajach regionu żaden ze sprawdzonych na Zachodzie sposobów przeciwdziałania spodziewanej zapaści demograficznej – polityka prorodzinna, imigracja, repatriacja – nie wchodzi w grę. Przede wszystkim ze względów finansowych. Dlatego sprawą o kluczowym znaczeniu jest podnoszenie kwalifikacji i aktywizacja zawodowa obecnych pokoleń, a więc także tworzenie miejsc pracy i wzrost atrakcyjności cywilizacyjnej Polski – przede wszystkim w oczach nas samych.

W perspektywie do 2015 roku będziemy świadkami pogłębiania się obserwowanych już negatywnych tendencji, takich jak masowa emigracja zarobkowa, w tym także całych rodzin. Dalej: podnoszenie się średniego wieku w populacji, zmniejszanie się procentowego udziału ludności produktywnej, trwałe utrzymywanie się współczynnika dzietności znacznie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń. Obecnie chodzi o to, by zminimalizować skutki tych tendencji po 2015 roku.

W tym celu należy uruchomić „rezerwy zatrudnienia”, o których pisze cytowany już przeze mnie prof. Gomułka. Chodzi o około 2 mln osób w wieku powyżej 50 lat oraz w wieku 20–30 lat, a także około miliona osób obecnie zatrudnionych w rolnictwie. W sumie 3 mln par rąk do pracy. „Potrzebne są propozycje uaktywnienia tej rezerwy – pisze prof. Gomułka. – Temu m.in. powinny służyć reformy rentowo-emerytalne”.

Prawdę mówiąc, temu celowi powinny służyć wszelkie ewentualne reformy.

*Aleksander Kaczorowski– tłumacz literatury czeskiej i znawca Europy Środkowej, red. nacz. „Aspen Review Central Europe”