Newsletter

Nowa feministka – wielka nieznajoma

Ewa Kiedio, 28.09.2012
Faktyczne nauczanie Kościoła na temat kobiet, a nie widzimisię księdza kaznodziei, daje się usłyszeć nader rzadko

Faktyczne nauczanie Kościoła na temat kobiet, a nie widzimisię księdza kaznodziei, daje się usłyszeć nader rzadko

„Kobieta jest złą rzeczą z ciała, ciałem samym. By zwodzić zrodzona, tworem jest szatana” – wykrzykiwał w swojej piosence zespół Los Trabantos, nie bez potężnej dawki ironii. Ironii tej nie miały w sobie słowa Tertuliana, gdy pisał o kobiecie: „Ty jesteś komnatą diabła!”, ani znana wypowiedź Klemensa Aleksandryjskiego: „Każdą kobietę powinna napawać obrzydzeniem sama myśl, że jest kobietą”. Wolno przypuszczać, że opinie te odzwierciedlają w dużym stopniu myślenie ludzi współczesnych obu autorom. Myślenie to, jak też wyrażane w Kościele sądy na temat kobiet ulegały jednak zmianie. Prześledzenie tej ewolucji byłoby rzeczą niezmiernie ciekawą. Tutaj wspomnę tylko o kilku istotnych punktach na drodze kościelnej myśli o kobiecie.

W 1930 r. papież Pius XI w encyklice „Casti connubii” pisał o tych, którzy „bez skrupułu niszczą ufne i uczciwe podporządkowanie się żony mężowi”, „z szaloną pychą głoszą przeprowadzenie emancypacji”, a także o „nienaturalnej równości (żony) z mężem”.

Kilkanaście lat później w 1947 r., papież Pius XII kierował do kobiet słowa, w których trudno nie wyczytać śladów znacznie już bardziej pozytywnego nastawienia do emancypacji: „Waszym zadaniem jest, ogólnie mówiąc, praca na rzecz uczynienia kobiety bardziej świadomej swoich świętych praw, obowiązków i siły na drodze kształtowania opinii publicznej, przez jej codzienne kontakty, a także wywieranie wpływu na prawodawstwo i rządy poprzez właściwe wykorzystanie jej prerogatyw jako obywatela”. O tym, że „udział kobiet w życiu publicznym jest już faktem dokonanym i oczywistym”, pisał zaś Jan XXIII w encyklice „Pacem in terris” (1963).

Słowa „Orędzia do kobiet” sformułowanego na koniec II Soboru Watykańskiego stanowią jakże pożądaną kontynuację tej ewolucji myśli: „nadeszła już godzina, w której powołanie niewiasty realizuje się w pełni. Godzina, w której niewiasta swoim wpływem promieniuje na społeczeństwo i uzyskuje władzę nigdy dotąd nieposiadaną”.

Choć II Sobór Watykański nie zajmował się szczegółowo sprawą roli i miejsca kobiety, ogromne znaczenie dla tego tematu miała wyrażona przez Sobór zmiana podejścia do relacji między Kościołem a światem. Za owoc Soboru należy też uznać myśl Jana Pawła II na temat kobiet zawartą m.in. w „Liście do kobiet” oraz w liście apostolskim o godności i powołaniu kobiety „Mulieris dignitatem”, którą to myśl nie sposób tu streszczać. Kobiety zamiast wezwania, aby swojej podległości mężczyźnie nie stawiać granic, usłyszały nareszcie słowa, w których papież przyznaje, że przez wieki spychane były do roli niewolnicy. „Jeśli, zwłaszcza w określonych kontekstach historycznych, obiektywną odpowiedzialność ponieśli również liczni synowie Kościoła, szczerze nad tym ubolewam” – pisał Jan Paweł II („List do kobiet”, 3).

Z jednej strony można więc powiedzieć, że przesłanie Soboru dotyczące kobiet i późniejsze wypowiedzi Jana Pawła II stanowią element naturalnego rozwoju i efekt rozpoznawania przez Kościół znaków czasu. Z drugiej jednak strony, patrząc na praktykę, na codzienne, życiowe sytuacje, z jakimi spotykają się kobiety w społeczeństwie i Kościele, widać, że dokumenty te wciąż jeszcze mają w sobie ładunek rewolucyjny, potencjał, który nie został wykorzystany, treść, której nie odczytano.

Naturalnie, stwierdzenie, że Jana Pawła II kochamy, ale go nie słuchamy i nie znamy napisanych przez niego tekstów jest powtarzane przy każdej okazji z nim związanej. Nie lepszy jest los dokumentów soborowych. Fakty te nie powinny budzić zdziwienia, nie jest to lektura łatwa, znany jest też ogólny poziom czytelnictwa. Wydaje się jednak, że o ile np. nauczanie o godności i wartości życia ludzkiego dociera do wiernych za pośrednictwem duszpasterzy i publicystów katolickich dość często, przy okazji dyskusji na temat aborcji, eutanazji czy zapłodnienia in vitro, o tyle faktyczne nauczanie Kościoła na temat kobiet (a nie widzimisię księdza kaznodziei) daje się usłyszeć nader rzadko.

Przykładem zasadności takiej tezy mogą być losy pojęcia „nowy feminizm”, które Jan Paweł II wprowadził w encyklice „Evangelium vitae” (99), pisząc, że kobiety „mają stawać się promotorkami »nowego feminizmu«, który nie ulega pokusie naśladowania modeli »maskulinizmu«, ale umie rozpoznać i wyrazić autentyczny geniusz kobiecy we wszystkich przejawach życia społecznego (…)”.

Okazuje się, że możliwość istnienia jakiejś formy feminizmu w obrębie Kościoła dziwi nie tylko wiernych (także tych mocno zaangażowanych we własny rozwój duchowy, czego miałam okazję doświadczyć w rozmowie ze znajomymi). Badania jakościowe przeprowadzone przez Annę Szwed w 2007 r. – pogłębione wywiady z 38 kapłanami archidiecezji krakowskiej – wykazały między innymi, że wezwanie do „nowego feminizmu” jest im zupełnie nieznane (zob. „Godzina kobiet?”, Poznań 2008, s. 374). W takiej sytuacji podejmowane na panelach dyskusyjnych debaty nad tym pojęciem, np. rozważania dotyczące tego, czy nie dochodzi tu do przeakcentowania macierzyństwa kosztem innych możliwych zadań pełnionych przez kobiety, mają posmak egzotyki.

Naturalnie nieznajomość pojęcia nie musi znaczyć, że nieznane są też same stojące za nim idee. Wydaje się jednak, że problem sięga głębiej – wspomniane już badania Anny Szwed pokazują, że ankietowani księża rolę kobiet upatrują zasadniczo wyłącznie w macierzyństwie, pracy zarobkowej przypisując rangę zjawiska występującego jedynie w związku z koniecznością ekonomiczną. Myśl o tym, że zaangażowanie społeczne (nie wspominając już o kształtowaniu życia Kościoła) może być odbierane przez kobietę jako pasja i powołanie albo w ogóle się nie pojawia, albo witane jest ze zgrozą jako symptom zgubnego dążenia do kariery i samorealizacji. Te dwa ostatnie słowa zresztą w ustach ankietowanych księży nabierają wydźwięku pejoratywnego.

Choć zatem wiele istotnych rzeczy na temat kobiet zostało już w Kościele powiedzianych i napisanych, wcielenie ich w życie wydaje się jeszcze pracą na wiele lat. Jednym z ważniejszych zadań wydaje się sprawienie, aby kwestia macierzyństwa nie kończyła się na pięknych słowach o chodzeniu śladami Maryi, ale wiązała się również z konkretnym wsparciem. Zarówno tym, które leży w kompetencji samych duchownych, a więc pogłębioną pomocą duszpasterską, jak też takim, które należałoby wyegzekwować od państwa.

Trzeba też mocno postawić pytanie, czy wspomniany wyżej problem w polskim Kościele jest traktowany z równym zaangażowaniem jak kwestia aborcji i zapłodnienia in vitro. Czy godność, a więc też jakość życia narodzonych i ich matek jest przedmiotem takiej samej troski jak nienarodzeni?

Innym istotnym zadaniem jest doprowadzenie do tego, aby głos kobiet był realnie reprezentowany w kościelnych gremiach decyzyjnych, co nie stanowiłoby żadnego przewrotu, a jedynie realizowałoby możliwości zapisane w Kodeksie prawa kanonicznego.

W „Liście do kobiet” Jan Paweł II wyrażał „podziw dla kobiet dobrej woli, które poświęciły się obronie swojej kobiecej godności, walcząc o podstawowe prawa społeczne, ekonomiczne i polityczne i które podjęły tę odważną inicjatywę w okresie, gdy ich zaangażowanie było uważane za wykroczenie, oznakę braku kobiecości, objaw ekshibicjonizmu, a nawet grzech!”. Trudno nie czytać tych zdań w kontekście przytoczonych wcześniej fragmentów z encykliki Piusa XI „Casti connubii”.

Skoro nauczanie Kościoła rzymskokatolickiego na temat roli kobiety zmieniło się na przestrzeni kilkudziesięciu lat tak dalece, można się zastanawiać, jaki element kościelnego nauczania będzie kolejnym poddanym rewizji. Przyznaję, pali mnie ciekawość, za co ludzie – dziś krytykowani za mówienie o potrzebie zmian w Kościele – jutro będą przez Kościół podziwiani.

*Ewa Kiedio – redaktor w wydawnictwie „Więź”, członkini Zespołu Laboratorium „Więzi”, założycielka magazynu internetowego „Dywiz. Pismo Katolaickie”. Prowadzi blog „Tuż obok”.