Newsletter

Z Paryża: Ucieczka bogatych – ciąg dalszy

Michał Wróbel, 27.09.2012
Burza medialna wokół przedsiębiorcy Arnaulta oraz dramatyczne wyniki Hollande'a w sondażach opinii publicznej wróżą bardzo trudny koniec roku dla socjalistów

Burza medialna wokół przedsiębiorcy Arnaulta oraz dramatyczne wyniki Hollande’a w sondażach opinii publicznej wróżą bardzo trudny koniec roku dla socjalistów

Tym razem nie chodzi o byle kogo, bowiem o obywatelstwo belgijskie stara się Bernard Arnault, będący na pierwszym miejscu na liście najbogatszych Francuzów. Burza w szklance wody dla niektórych, dla innych idealny przykład na to, że Francuzi nienawidzą ludzi bogatych.

„Je n’aime pas les riches” – „nie lubię bogaczy” – te słowa wypowiedział François Hollande na antenie telewizji „France 2” w 2006 roku. „Les riches” ma tutaj dosyć negatywne znaczenie (stąd w moim wolnym tłumaczeniu używam słowa „bogacz”, a nie „bogaty”) i piętnuje pewną kategorię osób, której Francuz głosujący na lewicę nienawidzi, mimo tego, że jest mu ją bardzo trudno określić.

Aby zrozumieć ten tok myślenia trzeba cofnąć się do lat 40-tych XX wieku. Wtedy, gdy komuniści francuscy byli bardzo silną partią polityczną, a całe rzesze ludzi z różnych warstw społecznych, od robotnika w fabryce Renault, po intelektualistę występującego w radiu wierzyły, że Związek Radziecki niesie sensowną odpowiedź na republikańskie wartości w powojennej Francji („Liberté, Égalité, Fraternité”). Wówczas, w rozumieniu wielu ludzi we Francji, nie można było być bogatym, bo to nie fair wobec innych obywateli i wobec Republiki.

Ponad 60 lat później ten trend ma się ciągle dobrze i gdyby Pierre Bourdieu jeszcze żył, na pewno zacierałby ręce, aczkolwiek coraz trudniej jest określić, kim są francuscy „bogacze”, których tak nie lubił Hollande. Ciężko znaleźć jednoznaczną odpowiedź w mediach, tak więc najlepiej skierować się do byłego dyrektora jednej z paryskich agencji reklamowych mieszkającego w Szwajcarii, O. Gerarda. Wyjaśnia on dwa sposoby klasyfikacji „bogaczy” przez przeciętnego Francuza. Z jednej strony, używa on marksistowskiego pryzmatu, gdzie osoba bogata to ta, która posiada kapitał, firmę i udziały. Osoba, dla której pracują pieniądze, a nie na odwrót.

Z drugiej strony, Francuz nie lubi obnoszenia się z pieniędzmi. Według Gerarda zatrzymanie się nowiutkim Mercedesem za 100 tysięcy euro w jakimś małym miasteczku środkowej Francji to jak prośba o lincz. Zaryzykuję stwierdzenie, że w Polsce jest podobnie. Motywacje aczkolwiek okazują się być inne: gdy w Polsce widok drogiego niemieckiego samochodu wywołuje zazdrość, we Francji chodzi o wielowarstwową nienawiść, której motywy sięgają Rewolucji Francuskiej.

To historyczne dziedzictwo sprawia, że ludzie majętni nie byli mile widziani przez społeczeństwo. Bardzo często za to byli zapraszani do ogrodów Elizejskich podczas władz prawicy. Niestety dla nich, tak jak pisałem o tym wcześniej, Hollande nie lubi „bogaczy”.

Po powrocie z wakacji francuskiej klasy politycznej debaty związane z tym, jak lewicowy rząd będzie traktował HNWI (high net worth individuals) zeszły na drugi plan. Do momentu, gdy w dzienniku „La Libre Belgique” pojawił się artykuł o Bertrandzie Arnault. Jak się okazało, najbogatszy człowiek we Francji zdecydował się złożyć prośbę o obywatelstwo belgijskie.

Belgia od dawna jest krajem francuskich uchodźców fiskalnych, często prywatnych przedsiębiorców, którzy upatrzyli sobie okolice północnych granic Francji. Przedsiębiorców takich jak Pierre-François Grimaldi, którego strona ibazar.fr została wykupiona przez grupę eBay dziesięć lat temu.

Już w 1981r., kiedy kandydat socjalistów po raz pierwszy wygrał wybory prezydenckie, Arnault postanowił wyjechać na trzy lata do Stanów Zjednoczonych. Jest on, w pewnym sensie, weteranem w kwestii ucieczek z powodów podatkowych. Tym razem jednak okazało się, że wybór podwójnego obywatelstwa miał być związany tylko z pewnymi inwestycjami, które łatwiej zrealizować, będąc Belgiem.

Arnault nie przewidział jednak symbolicznej siły, jaką niesie za sobą jego decyzja. Bardzo szybko znalazł się pod ostrzałem prasy oraz lewicowych polityków. Artykuł na temat Arnaulta z dziennika „Libération”, w wydaniu z 10 września nosił tytuł „Casse-Toi, Riche Con”, czyli „Spadaj, Bogaty Durniu”, a lewicowy działacz Jean-Christophe Cambadelis nazwał tę decyzję „ucieczką od moralnych obowiązków” i zaproponował utworzenie komisji parlamentarnej do zbadania prawdziwych zamiarów Arnaulta. Mocne słowa i mocna propozycja jak na kandydata do przyszłego szefowania francuskim socjalistom.

Reakcja właściciela LVMH była szybka: Arnault podał do sądu „Libération” oraz wystosował dokumenty świadczące o jego zainteresowaniu belgijskim obywatelstwem w 2011r., czyli ponad pół roku przed wyborami.

Burza medialna wokół Arnaulta oraz dramatyczne wyniki Hollande’a w sondażach opinii publicznej wróżą bardzo trudny koniec roku dla socjalistów i prawdopodobnie tylko przyspieszą ucieczkę podatkową HNWI z Francji.

*Michał A. Wróbel – politolog i strateg, zajmuje się transformacją społeczną i strukturalną w dobie nowych technologii, od lat związany z Francją: kończył francuskie liceum, studiował na Uniwersytecie Jean Moulin Lyon 3